Ocena użytkowników: 4 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Początki okupacji niemieckiej, działalność w Armii Krajowej, areszt i liczne przesłuchania. Świadków tamtych wydarzeń jest już coraz mniej. Swoją wyjątkową historią i bolesnymi wspomnieniami podzielił się z nami były żołnierz AK, dziś 88-letni major Józef Oleksiewicz.

 Co stało się podczas niebezpiecznej akcji nad jeziorem Rożnowskim? Jak żołnierze spędzali święta Bożego Narodzenia? Nasz rozmówca ujawnił się w 1947 r., przez co trafił do więzienia i obozu pracy.

Józef Oleksiewicz urodził się 15 marca 1929 r. w Grybowie (powiat nowosądecki) i pochodzi z patriotycznej rodziny. W dzieciństwie, jako najmłodszy z trojga braci, był harcerzem. Podczas wojny wstąpił do oddziału partyzanckiego Armii Krajowej. W 1944 r. jego oddział wszedł w skład I Pułku Strzelców Podhalańskich AK.

Obecnie Józef Oleksiewicz jest mieszkańcem Księginic Wielkich. W 2014 r. został odznaczony krzyżem z mieczami orderu Krzyża Niepodległości przez prezydenta RP. Natomiast we wrześniu 2017 r. decyzją sił zbrojnych RP mianowano go na stopień majora. Pan Józef opowiedział nam o warunkach życia, jakie panowały podczas okupacji, działalności AK i aresztowaniach.

 

W stodole znalazł karabiny i amunicję

Nasz rozmówca wspomina, jak w 1939 r. widział ludzi uciekających przed Niemcami. - Moja mama powiedziała, że my zostajemy i nie będziemy uciekać. Pamiętam, było to rankiem, kiedy przyszli Niemcy. Byli to Tyrolczycy. Po stoczeniu walki w okolicy Krynicy przywieźli dwóch zabitych żołnierzy i pochowali na naszym cmentarzu, a za jakiś czas ich zabrali. Jak zaczęła się okupacja niemiecka, to wojsko zajęło szkoły i nie mieliśmy się gdzie uczyć – mówi Józef Oleksiewicz.

Jak dodaje, Niemcy zaczęli aresztować inteligencję: nauczycieli, księży i wiele innych osób, po czym wywozili je do obozów. Po pewnym czasie zaczęła się tworzyć konspiracja. - Pewnego dnia znalazłem w naszej stodole broń. Były to trzy karabiny, amunicja, bagnety i dwie szable. Brat Władysław zastał mnie przy tym i powiedział, że mam milczeć na ten temat. Po paru dniach przyprowadził kolegę i przed nim złożyłem przyrzeczenie. Było to w grudniu 1943 r. - opowiada.

Oleksiewicz złożył przysięgę wojskową w 1944 r. i otrzymał pseudonimy „Malina” i „Groźny”. Przydział organizacyjny to III Batalion, pluton „Świerka”. Bezpośrednim dowódcą był porucznik „Kmicic” (Franciszek Paszek). W czasie okupacji nasz rozmówca został łącznikiem i wykonywał wszystkie zadania, jakie mu powierzono. Przenosił meldunki i prowadził rozpoznanie, kto współpracuje z Niemcami.

- W tym czasie Niemcy ścigali za byle co, a bicie było na porządku dziennym. Nasza policja nie była lepsza. Po wyzwoleniu nie ujawniłem się, ponieważ wiedziałem, że będą aresztowania żołnierzy AK. Rozpocząłem naukę w szkole, którą później przerwałem i wstąpiłem do oddziału „Okrzei” (Stanisław Piszczek) – mówi.

 

Na święta warty były wzmocnione

Po odejściu „Okrzei” dowództwo przejął Andrzej Szczypta ps. „Zenit”. Później Józef Oleksiewicz przeszedł do kpt. Jana Dubaniowskiego ps. „Salwa”, gdyż jego rodzina była mocno prześladowana przez Urząd Bezpieczeństwa. - Początkowo byłem szeregowym, ale za dobre wywiązywanie się z powierzonych zadań zostałem awansowany do stopnia kaprala. Na awans miała wpływ akcja nad jeziorem Rożnowskim, gdy osłaniałem odwrót oddziału. Wstrzymałem ogniem z erkaemu pościg UB i KBW. Oddział przeszedł po lodzie przez jezioro, a na lodzie była już woda. Miałem drużynę zwiadu. Byłem dwukrotnie ranny. Pierwszy raz zostałem ranny w nogę, a drugi raz w głowę i pierś od wybuchu granatu. Straciłem przytomność, ale zostałem przetransportowany do lekarza, dzięki czemu udało mi się przeżyć – wspomina.

Święta Bożego Narodzenia, w zależności od sytuacji, obchodzone były w miarę możliwości uroczyście. W tamtych latach zimą padało dużo śniegu, przez co konieczne było zostawianie jak najmniejszej ilości śladów. - Zbieraliśmy się na uboczu jak największą grupą, ale to rzucało się w oczy i mogliby nas nakryć. Zawsze był opłatek i wspólne kolędowanie. Zimą byliśmy porozrzucani na mniejsze oddziały. Mniejsza grupa zawsze lepiej się ukryła. Ludzie nam bardzo sprzyjali, ale byli i tacy, którzy donosili. Na święta warty były wzmocnione. Często się przenosiliśmy. W jednym miejscu byliśmy góra dwa, trzy dni. Święta spędzaliśmy cicho i spokojnie, aby nikogo nie narażać – opowiada nasz rozmówca.

 

„Przystawili broń do głowy...”

Józef Oleksiewicz ujawnił się 10 marca 1947 r. w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Sączu, a w maju został aresztowany. - Było ich czterech ubranych po cywilnemu. Przewieziono mnie na UB do Tarnowa. Tam przebywałem kilka miesięcy. Po przesłuchaniach byłem bardzo słaby, dlatego zawieźli mnie do więzienia do pojedynczej celi, gdzie zajmował się mną jakiś sanitariusz i tam zostałem podleczony – dodaje.

Po jakimś czasie został przewieziony do więzienia w Krakowie. Został skazany na 3 lata, a po odsiedzeniu 2 lat został warunkowo zwolniony. Jednak później aresztowano go po raz drugi. - Przyszli do mnie wcześnie rano, kiedy jeszcze spałem. Przystawili broń do głowy, kazali wstać, skuli i zabrali na UB. Tam udało mi się uciec. W trakcie ucieczki strzelał do mnie ubek, ale nie trafił. Będąc na skarpie, poślizgnąłem się i...
Więcej w wydaniu papierowym.