- Jeżeli udaje nam się wymiana energii i widz wychodzi uśmiechnięty, to znaczy, że spełniliśmy swoje zadanie - powiedział Wojciech Dąbrowski, dyrektor Wrocławskiego Teatru Komedia
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 
Niedawno po raz pierwszy na strzelińskiej scenie wystąpił aktor filmowy i teatralny Wojciech Dąbrowski, dyrektor Wrocławskiego Teatru Komedia. Często występuje też w wyreżyserowanych przez siebie sztukach, a w konsekwencji własną rolę tworzy na samym końcu. Co śmieszy w dobrej komedii i dlaczego jest to ciężkie zadanie? Czy WTK planuje zaprezentować w Strzelinie swój cały, szeroki wachlarz repertuarowy, a na scenie zobaczymy gwiazdę polskiego kina Emilię Krakowską?

W 1997 r., wraz z przyjacielem Pawłem Okońskim,zdecydował się Pan założyć Teatr Poniedziałkowy, później nazwany Wrocławskim Teatrem Komedia. Skąd pomysł na ten krok?
- Najprościej mówiąc, nie chcieliśmy siedzieć w bufecie i narzekać na swój los. Doszliśmy do wniosku, że może zapracujemy sami na siebie. Pomysł zrodził się po spotkaniu ze ś.p. Mariuszem Łukasiewiczem, byłym prezesem jednego z banków, który potrzebował kogoś, kto będzie jeździł po Polsce i prezentował kluczowym klientom coś artystycznego. Przyjaźniłem się z Mariuszem, zaproponowałem, że stworzymy teatr. Pojechaliśmy w Polskę i tak to już zostało.

Była to ryzykowna decyzja?
- Mieliśmy gwarancję, że pojedziemy w Polskę na pewno dziesięć razy ze spektaklem „Kochane pieniążki” w reż. Wojciecha Pokory. Potem okazało się, że jak mamy już w repertuarze zrobioną sztukę, to szkoda ją wyrzucać. Zaczęliśmy grać w różnych miejscach we Wrocławiu. W następnym roku zrobiliśmy kolejną sztukę. Poprzednia się przyjęła, były już dwie. W końcu prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz docenił nas i przydzielił miejsce we Wrocławskim Teatrze Lalek, gdzie wynajmujemy scenę do dnia dzisiejszego.

Proszę opowiedzieć o początkach pracy reżysera nad sztuką.
- To ciężka praca. Żeby rozśmieszać ludzi nie można działania sprowadzić tylko do tekstu. Wyszukuje się bardzo dużo działań, które są poza tekstem, a muszą być śmieszne. W dobrej komedii na ogół śmieszne jest nie to, co się mówi, tylko to, co się gra „między wierszami”. W poszukiwaniu tej najlepszej czytam bardzo dużo sztuk. Dostajemy je też z Anglii, a to przecież klasyka. Staramy się wybrać taką, która pasuje do naszych już sprawdzonych aktorów.

Często występuje Pan w podwójnej roli, reżysera i aktora. Czy ciężko to połączyć?
- Dosyć ciężko, na ogół na samym końcu realizacji zabieram się za tworzenie swojej roli. Chodzę po scenie, pracuję z aktorami, ale nigdy nie gram na 100%, bo nie jestem w stanie siebie ocenić, przy okazji oceniając partnerów. Zwykle siedzę na widowni i podrzucam tekst. To nie ułatwia pracy. Natomiast biorę pełną odpowiedzialność za to, co reżyseruję. Aktorzy grający ze mną nauczyli się już, że trzeba mi zaufać i jak przyjdzie premiera to wszystko ułożę i będę grał na 100%.

Planujecie kolejne występy na strzelińskiej scenie?
- Chcieliśmy przyjechać z drugą częścią spektaklu „Boeing Boeing”, zatytułowaną „Pomoc domowa”. Ale przyjedziemy na pewno z „Przyjaznymi duszami”. Jest to wyreżyserowany przeze mnie spektakl, w którym główną, kluczową rolę anioła gra wspaniała gwiazda polskiego kina i teatru Emilia Krakowska. Piękna, romantyczna komedia, opowieść o duchach, wigilii, świętach. Warto przyjść i pozytywnie się nastroić.

A jest szansa na wizyty również w przyszłym roku?
- Jesteśmy tak umówieni z dyrektorem SOK-u, że mamy przywieźć cały swój repertuar i zaprezentować wszystkie nasze sztuki. A trochę ich mamy. W tej chwili jesteśmy tylko i wyłącznie uzależnieni od terminów zaplanowanych w SOK-u. Bardzo nam się u Państwa podoba, świetna akustyka, bardzo fajne miejsce, tylko przyjeżdżać i grać. Staramy się traktować naszego widza bardzo poważnie. Nie chcemy przyjeżdżać z chałturą, tylko takim teatrem i repertuarem, jaki prezentujemy we Wrocławiu. A trzeba pamiętać, że prawdziwa radość jest rzeczą poważną.

Dlaczego komedie cieszą się tak dużym powodzeniem?
- Chyba przez to, że ludzie w codziennym życiu mają troszeczkę dosyć pogoni, są nią zmęczeni. Potrzebują się trochę oderwać i pośmiać, odebrać pozytywną energię, którą staramy się przekazać. My też przyjeżdżamy naładować akumulator. Jeżeli udaje nam się wymiana energii i widz wychodzi uśmiechnięty, to znaczy, że spełniliśmy swoje zadanie. Humor i uśmiech w życiu są nam bardzo potrzebne.

Według Pana, reżysera i aktora, trudno jest bawić ludzi?
- To bardzo, bardzo ciężkie zadanie, bo można śmieszyć na przykład tym, że się rozbierzemy, powygłupiamy i będziemy rzucali wulgarnymi słowami, które też, niestety, śmieszą a tego nie chcemy. Natomiast dużo przyjemniej jest rozśmieszać czymś, co jest przez nas wymyślone - sytuacją, spojrzeniem, zachowaniem itp. Tekst może być śmieszny, ale musi być tylko pretekstem do zabawy. Ale jeżeli uda nam się rozśmieszyć widza poza tekstem, to znaczy, że role zostały dobrze wypracowane.

Czy sztuki Wrocławskiego Teatru Komedia są ukierunkowane na konkretnego widza?
- Staramy się wychować i przyzwyczaić do sobie widza od początku. Młodzież przychodzi i ogląda klasyczną sztukę „Zemsta”. To pierwszy krok. Potem pokazujemy komedie romantyczne „Przyjazne dusze” czy „Edukację Rity”, farsy takie jak „Boeing,Boeing” czy „Nic nie gra”, tragifarsy jak „Kolacja na cztery ręce” itd. Wybór zależy od widza i jego potrzeb. Mamy bardzo szeroki wachlarz repertuarowy. Liczymy na dobre przyjęcie naszych propozycji i salę wypełnioną do ostatniego miejsca. Pozdrawiam wszystkich widzów i liczę na szybkie, radosne spotkanie.

Dziękuję za rozmowę,
Krystian Krzyżowski
Dodaj komentarz