Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 
W ubiegłym tygodniu informowaliśmy, że Marek Chludziński, hodowca gołębi pocztowych ze strzelińskiego oddziału PZHGP, został wicemistrzem Polski. Odwiedziliśmy pana Marka i jego gołębnik, a przy okazji dowiedzieliśmy się, jak zostaje się mistrzem.

Hodowcy gołębi pocztowych to pasjonaci, którzy każdą wolną chwile spędzają w gołębniku lub na rozmowie z innymi hodowcami. Naszym rozmówcą był Marek Chludzińki, nowy wicemistrz Polski hodowców gołębi pocztowych.

Jak to się stało, że został Pan hodowcą gołębi? Jest przecież tyle innych równie ciekawych zajęć jak choćby wędkowanie lub kolekcjonowanie starych widokówek?
- Myślę, że ze mną było tak jak z większością hodowców. Zaczęło się od dziecka. Nie umiałem jeszcze mówić, a już chodziłem z głową zadartą w niebo. Dorośli śmiali się ze mnie, że mam powycierane wszystkie kołnierzyki od tego zaglądania i że na pewno chcę zostać pilotem. Jak tylko zacząłem mówić, wyjaśniłem, że interesują mnie gołębie i że nie zamierzam zostać pilotem. Jako dwulatek przyniosłem do domu pierwszego gołębia w misce, a kiedy okazało się, że gołąb nie może zostać w domu, byłem zrozpaczony. Nikt z rodziny nie hodował gołębi, co najwyżej sąsiedzi. Myślę więc, że zamiłowanie do tych ptaków mam po prostu w sobie.
Obecność reportera spłoszyła gołębie, zostały tylko najodważniejsze.  Na zdjęciu Marek Chludziński
A jakie były początki trzymania gołębi?
- Jako dziecko pompowałem garłacze i ganiałem winerki (gołębie ozdobne – red.). Moje pierwsze gołębie kupowałem na placu. Chodziłem po strychach, dachach i zdejmowałem gołębie przybłędy. Zupełnie nie myślałem o gołębiach pocztowych. Dopiero osiem lat temu, zupełnie przypadkowo, dostałem pierwsze gołębie pocztowe, po wdowcach (po sezonie lotów – red.) i tak to się zaczęło. Bardzo spodobało mi się, ze gołębie wracają do swojego gołębnika. W następnym roku miałem już swoje gołębie.

Od kiedy jest Pan związany ze strzelińskim oddziałem PZHGP?
- Od 2011 r. Miło wspominam te pierwsze lata wśród strzelińskich hodowców. Zaopiekował się wtedy mną i poprowadził mnie Radosław Delanowski, któremu jestem wdzięczny za przychylność. To w tym oddziale, dzięki gołębiom kupionym od Michała Kłodzińskiego zaczęła się dla mnie poważna hodowla. W kolejnym roku (2013 – red.) zamówiłem i po kilku miesiącach otrzymałem gołębie od Tadeusza Zabla, mistrza Polski. Te ptaki do dziś są dla mnie bazą i kluczem własnej hodowli. Bo z gołębiami pocztowymi jest tak, że nie wystarczy kupić, to za mało. Trzeba jeszcze umiejętnie krzyżować je i mieć trochę szczęścia. A do tego potrzebna jest wiedza, dlatego interesuje się również biologią, zwłaszcza genetyką.

Zawody gołębi pocztowych to temat sam w sobie. Gdyby Pan mógł przybliżyć w kilku zdaniach, jak takie zawody wyglądają.
- W takim dużym uproszczeniu zawody polegają na tym, że hodowcy przekazują swoje gołębie organizatorom zawodów, którzy następnie wywożą je w ściśle określone miejsce. Tam o ustalonej godzinie ptaki są wypuszczane i lecą do swojego gołębnika, gdzie znajduje się elektroniczny system pomiarowy, który z dokładnością do setnej części sekundy mierzy czas lotu. Loty odbywają się na dystansie od ok. 100 km do ponad tysiąca. Powiem, że gołąb potrafi lecieć z prędkością do 140 km/h, ale przeciętna lotu to ok. 70 km/h. Prędkość zależy od siły i kierunku wiatru. Lot trwa od godziny, a nawet krócej, do nawet 9 godzin.
Cały artykuł dostępny jest tutaj
Dodaj komentarz