Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Nocny Półmaraton Wrocławski jest uważany za jeden z największych w Polsce. Obrasta w legendę ze względu na niesamowitą atmosferę. Dodatkową atrakcję stanowią oświetlone nocą wrocławskie zabytki. W tym roku przyciągać chętnych miała również tematyka filmowa – otwarte kino nocne z muzyką filmową emitowaną z głośników w wielu punktach miasta.

 

W moim przypadku reklama przyniosła efekt. Pracuję na co dzień we Wrocławiu, ale widzę je najczęściej z okien tramwaju i z pracy. Bieg ulicami stolicy Dolnego Śląska dał mi możliwość podziwiania uroków Wrocławia z innej perspektywy. Dlaczego z tego nie skorzystać?

 

ODBIÓR PAKIETU STARTOWEGO

Pakiet startowy postanowiłam odebrać jeszcze dzień przed półmaratonem. W tym roku bieg ten miał być rekordowy, z jedenastoma tysiącami uczestników. Jest to duże wyzwanie organizacyjne. Jak sobie poradzili z nim organizatorzy?

Zgodnie z instrukcją znalezioną na stronie internetowej, pojechałam tramwajem do Biura Zawodów mieszczącego się przy Stadionie Olimpijskim. Pakiet startowy odebrałam bez problemu, sprawdziłam chip, który przymocowano do numeru startowego i pełna dobrych przeczuć wróciłam do domu.

 

BIEG RODZINNY

Tydzień przed półmaratonem wzięliśmy z córką i mężem udział w biegu organizowanym przez Stowarzyszenie Św. Celestyna w Mikoszewie. Tam wspólnie przebiegliśmy 1 km. Impreza tak nam przypadła do gustu, że postanowiliśmy rodzinnie zapisać się również na bieg rodzinny organizowany w ramach imprez towarzyszących nocnemu półmaratonowi we Wrocławiu. Wpisowe, 10 zł od osoby.

 

Deszczowa pogoda nie zachęcała w sobotni poranek do wyjścia z domu. Z pewną dozą niepokoju pakowaliśmy się na wyjazd. Na szczęście, we Wrocławiu pogoda się poprawiła.

Start biegu rodzinnego i półmaratonu odbywa się w tym samym miejscu. Atmosfera przedstartowa udziela się wszystkim, i małym, i dużym. Prowadzący dba o dobry humor uczestników, gra głośna muzyka, potem następuje wspólne odliczanie sekund do startu. Punktualnie o godzinie 20.00 usłyszeliśmy wystrzał startera. Ruszyli wszyscy rodzice z dziećmi, większymi, małym i z wózkami.

 

Długość trasy równa się jednej mili olimpijskiej, czyli 1609 metrom. Prowadzi wokół terenu, na którym mieści się stadion i hale. Najpierw ulicą Paderewskiego, a potem drogą szutrową wśród drzew.

W tym biegu nie liczą się wyniki, tylko sam udział. Każdy uczestnik otrzymuje pamiątkowy medal. Dodatkowo niesamowite wrażenie na dzieciach robi meta, która mieści się na stadionie.

 

NOCNY WROCŁAWSKI PÓŁMARATON

Po rodzinnym biegu wracamy z powrotem do Hali Wielofunkcyjnej AWF-u. Tłum z minuty na minutę gęstnieje.

Spieszę się na start, przeciskam w stronę swojego – niebieskiego sektora. Mam jeszcze 20 minut do godziny zero. Znów pogoda płata figla. Zaczyna mżyć, jest chłodno. Po raz kolejny tego wieczoru odliczam sekundy do startu... tym razem rusza czołówka. Mój sektor czeka na swoją kolej. Wreszcie, około 20 minut po czołówce także mój sektor słyszy wystrzał. Zaczynamy trucht.

 

Pierwszy kilometr biegniemy w półmroku. Lampy stojące przy Alei Różyckiego ledwo się świecą. Faktycznie jest to nocny bieg: słaba widoczność, mżawka, do tego tłum ludzi. Biegnę z lekką dozą niepewności. Ale blisko jest już Most Szczytnicki i z daleka widać pięknie oświetlony Most Grunwaldzki. Naprawdę robi wrażenie. Mnie dodatkowo niesie myśl, że gdzieś po prawej tuż przed mostem czeka na mnie koleżanka. Umówiłyśmy się z Moniką smsowo. Bardzo przyjemny moment. Uściski i dopingujące okrzyki i biegnę dalej: Mostem Grunwaldzkim, estakadą, ulicą Pułaskiego i Piłsudskiego. Po drodze mijamy oświetlony Dworzec Główny. Niestety, ponieważ widzę go kilka razy w tygodniu nie robi na mnie wielkiego wrażenia. Do ośmego kilometra nogi niosą mnie same. Trzymam się biegaczy (tak zwanych zajęcy) z przypiętymi balonikami z oznaczeniem planowanego czasu pokonania półmaratonu – 2h10s. Postanowiłam, że trzymam się ich póki dam radę i nie padnę. Daję radę.

Tymczasem mam nieodparte wrażenie, że hasło ‘nocny’ jak najbardziej pasuje do tego biegu, zwłaszcza, jeśli chodzi o kibiców. Większość śpi. Kibicują tylko nieliczne, kilkuosobowe grupki. Przypadkowi przechodnie albo rodzina czy znajomi czekający, tak jak moja koleżanka, na znajomych biegaczy.

Nie czuć chłodu. Wspaniałe warunki dla biegacza, brak wiatru, zanikająca mżawka. Mijam ulicę Ruską i Grodzką, okolice Rynku, nieco więcej radosnych ludzi stojących przy trasie. Część z nich chwiejnym krokiem próbuje nawet biec z nami. Wbiegam na Most Piaskowy. Ostrów Tumski w pełnej krasie.

Tymczasem zaczynam się niepokoić. Moje ‘zające’ sprawdzają zegarki. Przed nami pojawiło się dwóch biegaczy (inne zające) z balonikami i wypisanym na nich czasem 2h20s. Czas 2,10 dogonił czas 2,20. Prowadzący naszą grupę byli pewni swego. To my biegniemy właściwym tempem.

Mijamy Most Pokoju, pięknie oświetlone Muzeum Narodowe, śpiącą Akademię Sztuk Pięknych, Halę Targową, Galerię Dominikańską i z powrotem wbiegamy na niesamowicie oświetlony Most Grunwaldzki. Czuję, że słabnę. Wybrzeże Wyspiańskiego i Politechnika Wrocławska. A ja myślę tylko o tym, że już tylko zostało do przebiegnięcia 4 km (to ta moja sławna trasa z domu do „Biedronki” i z powrotem). Tempo daje o osobie znać. Nogi zaczynają powoli słabnąć, ale mówię do siebie ‘Monika, nie poddawaj się’. Zazwyczaj na biegach przy punktach z piciem i jedzeniem nieco zwalniam. Tym razem ‘zające’ poganiają, nie ma na to czasu. Koło Politechniki łapię w dłonie kilka kostek cukru. Jeden z ‘zajęcy’ daje mi wodę i walczę dalej. Mówię sobie, że przecież na maratonach do przebiegnięcia jest dwa razy więcej kilometrów niż tutaj i prę do przodu. Lekki podbieg na Most Szczytnicki daje się we znaki. Zające krzyczą: „łokcie do tułowia, ręce pracują, nogi same poniosą” i jakoś lecę do przodu. Znowu Aleja Różyckiego, mijam coraz więcej słabnących czy wręcz idących ludzi. Nie poddaję się. Zostaje jeszcze kilkaset metrów do mety. Znowu będę wbiegać na stadion, przyspieszam, choć ostatkiem sił. Jest! Upragnione 2:09:58. Przybijam piątkę z ‘zającami’, dziękuję im i robimy sobie pamiątkowe zdjęcie.

ODBIÓR DEPOZYTU

Jak się okazuje, to nie koniec atrakcji na tę noc. Przede mną prawdziwy armagedon. Jeszcze niczego nieświadoma odbieram medal i powoli człapię po swoje rzeczy. Wraz ze mną napiera tłum. Wszyscy zmierzamy do depozytu. W miejscu, gdzie przewidziano odbiór depozytów, panuje chaos. Ludzie przeskakują przez ladę, szukając swoich rzeczy. Tragedia. Jak się okazało, torby foliowe w depozycie nie były składowane według jakiegoś ustalonego porządku, tylko tak, jak przynosili je biegacze. Wolontariusze miotają się między nimi bezradnie, szukając jakiegoś numeru, albo podnoszą worek nad głowę i wykrzykują odnaleziony numer.

Nie mogę się dopchać do lady, ręce mdleją od trzymania numeru startowego w górze. Worek foliowy z moją torbą leży na szczęście tuż przy ladzie, a to ze względu na to, że późno go oddałam. Wystarczy wskazać go polecam i wychodzę z tego miejsca chaosu i szaleństwa. Niestety, organizatorzy, chociaż zadowoleni z dużej ilości uczestników, w tym miejscu nie podołali.

 

Półmaraton sam w sobie jest bardzo przyjemny, polecam. Jeśli ktoś nie ma ochoty na bieganie, zawsze może się po Wrocławiu przejść w towarzystwie ponad dziesięciu tysięcy zawodników. W tym roku jedna z wolniejszych grup miała wykwalifikowanego przewodnika, który podczas biegu opowiadał o mijanych zabytkach Wrocławia. Ciekawy pomysł, z którego warto skorzystać.

 

Monika

Łukasik-Duszyńska

- Półmaraton sam w sobie jest bardzo przyjemny, polecam - zachęcała Monika Łukasik - Duszyńska

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież