Monika Łukasik-Duszyńska wraz z mężem Tomaszem z medalami na mecie moskiewskiego maratonu

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 
Zapraszamy do lektury relacji z maratonu moskiewskiego, w którym wzięli udział strzelinianie Monika Łukasik-Duszyńska i Tomasz Duszyński. Oto jak bieg i pobyt w stolicy Rosji wspomina strzeliński pisarz.
Pierwsze wrażenie? Moskwa to stolica europejska niewiele różniąca się od Warszawy. Kolejne, uważniejsze spojrzenie wyłowi dodatkowe smaczki, które nadają temu obrazkowi dodatkowego wymiaru. Na wielu budynkach odnajdziecie symbol sierpa i młota, to tu to tam pojawi się monumentalny pomnik zamyślonego, zapatrzonego na zachód Lenina, zobaczycie mrowie policji, magnesy z Władimirem Putinem na niedźwiedziu, matrioszki, czapki uszatki, czerwone gwiazdy na wieżach Kremla…
Prawdziwa przygoda czeka na nas jednak podczas samego maratonu. Od dnia naszego przylotu do Moskwy nie widzieliśmy na niebie najmniejszej chmurki. Tak było i w dzień startu. Zajęliśmy z żoną miejsca w swoich sektorach. Obcokrajowców dostrzegałem niewielu, wokół mnie słychać było jedynie język rosyjski. Blisko dziewięćdziesiąt procent biorących udział w biegu to przede wszystkim moskwiczanie.

1-10 KM
Kilka wymienionych zdań z rosyjskimi sąsiadami, hymn Rosyjskiej Federacji i kolejne sektory ruszają do przodu. Szeroka ulica, znak rozpoznawczy niemal całego moskiewskiego maratonu. Przebiegam przez linię startu, wokół mnie wszyscy biegną spokojnie, nie ma owczego pędu na pierwszych kilometrach. Uspokajam się także, biegnę z tłumem. Nastawiam się na podziwianie widoków.
Tych tutaj nie zabraknie. Niesamowite złociste promienie słońca oświetliły dzielnicę biznesową Moskwy. Pojawia się pierwsza z „sióstr Stalina”, w tle socrealistycznego wieżowca widać szklane nowoczesne bryły drapaczy chmur z dzielnicy biznesowej Moscow City. Na jednym z budynków dostrzegam napis World Trade Center. Jest duszno, czuję, że z każdą chwilą słońce będzie coraz mocniej grzało.
W tej części Moskwy nie ma wielu kibiców. Wąż złożony z blisko ośmiu tysięcy biegaczy wydaje się leniwie wić traktem wzdłuż rzeki. Jakby niezdecydowany, czy przemieszczać się dalej, czy wygrzewać na słońcu. Ja też czuję ogarniające mnie rozleniwienie. Z prawej monumentalne budynki, z lewej wydawałoby się nieruchoma rzeka, przed nami nowoczesna Moskwa, ze stali i szkła.
Zauważam na trasie wiele samochodów ciężarowych, ciężki sprzęt blokuje ulice krzyżujące się z naszą trasą. Zabezpieczenie przed terrorystami. Gdyby ktoś chciał wjechać w tłum, musiałby najpierw staranować te przeszkody. Dziwne to uczucie, gdy człowiek zdaje sobie sprawę z podobnych rzeczy w takich chwilach.
W Moskwie pomniki Lenina to cos normalnego
10-20KM
Pierwszy podbieg równo na 10 kilometrze. Bardzo duże nachylenie. Uff, jedynie pół kilometra katorgi. Zastanawiam się, czy czeka nas więcej takich niespodzianek. Czuję w kościach, że owszem, powinienem być na to gotowy.
Przebiegamy obok moskiewskiego ZOO i kolejnej „siostry Stalina”, ta jest jakoś mniej urodziwa… Kostka brukowa, kolejny podbieg. Kibiców coraz więcej, coraz śmielej dopingują biegaczy: Mołodiec! A nu, dawaj! Przybijam piątki, w czasie wszystkich swoich biegów maratońskich nie przybiłem tylu piątek, co podczas maratonu w Moskwie.
Widzę na drugim brzegu rzeki mury Kremla, sobór Wasyla Błogosławionego. Muszę przystanąć i zrobić kilka zdjęć.

20-30 KM
Kolejna siostra Stalina. Tym razem wysoki i zarazem rozłożysty wieżowiec. Dom na Kotielniczeskoj nabierieżnoj. Ze szczytu spogląda na nas oko Saurona… nie, wybaczcie, te skojarzenia były winą przygrzewającego słońca. Trzy lata temu na tej pięcioramiennej gwieździe wieńczącej iglicę budynku zatknięto flagę Ukrainy, a samą gwiazdę przemalowano na podobne barwy. Do tego czynu przyznał się ukraiński kaskader znany pod pseudonimem Mustang Wanted…
Biegnę dalej, chwilami rozmawiam z innymi biegaczami.
Przed nami podbieg, strasznie długi, po raz pierwszy ulica się zwęża. Uderzające przeciwieństwo szerokich ulic i traktów, po których biegliśmy wcześniej. Trasa powoli szybuje w górę w skali trudności. Niet, niet, niet! Nu pogodi, ty niedobra traso!

30-40KM
Gieroj! Mołodiec, wpieriod! Dziwnie słuchać tych dopingujących haseł. Jeszcze dziwniej usłyszeć pod mostem okrzyk z setek gardeł „Uraaaa!”. Taki jednak jest ten maraton. Przed oczami miałem rosyjskie filmy wojenne i bardziej bliskich nam „Czterech pancernych i psa” „Jołki, połki”…
Kilka nawrotów, tłumy na ulicach, przebiegamy tuż przy Placu Czerwonym. Widzę Teatr Bolszoj, następnego dnia na jego elewacji pojawią się laserowe animacje. Znów rzeka Moskwa i znajdujemy się pod murami Kremla. Przed nami długa, męcząca, ponad sześciokilometrowa prosta.
Ten odcinek wzdłuż rzeki okazuje się sporym wyzwaniem. Na szczęście kibiców jest mnóstwo, dodają sił. Mijamy pomnik Piotra Wielkiego. Wodę wylewam na kark i głowę, staram się nie zatrzymywać. Finisz
Biegniemy w stronę Łużnik. Przyspieszam nawet na ostatnich metrach. Kończę bieg z uczuciem, że ten maraton bardzo mi się podobał, że pozostaną po nim bardzo miłe wrażenia. Odbieram medal, wodę i idę w stronę przebieralni. Monika przybiega niedługo po mnie, zrobiła życiówkę 4:35:58. Zazdroszczę jej jak cholera, ale się do tego nie przyznaję. Oboje uznajemy, że podróż do Moskwy i wzięcie udziału w tak dobrze zorganizowanym maratonie były strzałem w dziesiątkę. Bo w moskiewskim maratonie każdy zasługuje na miano „gieroja”!

Komentarze   

Permalink1 0 Monia
RE: Maraton w Moskwie - rewelacja plus rewolucja!
Fajni ludzie z pasją. I to jeszcze wspólną.
A każda relacja pana Tomasza z kolejnego maratonu to jak mini opowieść a nie zwykły suchy przekaz.
Brawo!
2017-10-17 14:50 Cytować Zgłoś administratorowi
Dodaj komentarz