Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Ta ogromna, ważąca kilka kilogramów kolekcja medali, to dowód startów w przeróżnych biegach. Oprócz medali, Łukasz ma również kilka cennych pucharów za miejsca na podium. (STARY WIĄZÓW) Łączą ich nie tylko więzy krwi, ale i pasja, choć cele mają inne. Zaczynali jak prawdziwi amatorzy, by dziś sięgać po cele dla amatorów nieosiągalne. Wystarczyła im motywacja, biegowe buty i droga do Kowalowa. Z tej perspektywy życie smakuje zupełnie inaczej – szybciej i lepiej.

Wszystko zaczęło się wiosną 2011 roku. Wówczas to Łukasz Hrydczuk – najlepszy sportowiec wiązowskiego gimnazjum - wraz z tatą Wiesławem (który go do tego namówił), zaczęli biegać. Już wcześniej w domu Hrydczuków sport zajmował ważne miejsce. Ojciec i syn dbali o kondycję, korzystając z siłowni, którą zrobili sobie w jednym z pomieszczeń. Ale właśnie w 2011 roku nastąpił zwrot w sportowych zainteresowaniach Hrydczuków. Kolega z pracy Wieśka, Staszek Białas, zaproponował mu, by ten zaczął biegać. Propozycja była o tyle ciekawa, że Staszek, mimo pięćdziesięciu kilku lat, biegał w maratonach; i jest przykładem, że osoby w średnim wieku mogą skutecznie realizować  poważne wyzwania sportowe. Propozycja ta (rzucona już w 2007 roku, i cały czas podtrzymywana) dojrzewała w głowie Wiesława przez trzy lata, aż do wiosny 2011.
I tak w lutym, trzy lata temu, wraz z Łukaszem zaczęli biegać. Pierwszy trening to było coś strasznego. Zaledwie kilometr w jedną stronę i z powrotem. Brakowało tchu, a następnego dnia zakwasy nie pozwalały normalnie chodzić. - Pomyślałem sobie wtedy, jak ja dam radę przebiec dziesięć km, nie mówiąc już o maratonie – wspomina Wiesław Hrydczuk. Jednak wspólnie z Łukaszem kontynuowali treningi, biegając coraz dłuższe dystanse w coraz lepszym tempie. Po kilku tygodniach Wiesław doszedł do tego, że był w stanie w godzinę przebiec nierealne na początku 10 km. Dla Łukasza wspólne treningi nie były tak męczące, bo młody wiek i ogólne wysportowanie robiły swoje.
Poprawa osiąganych na treningach wyników, stała się dla Hrydczuków inspiracją do dalszego działania. W tym duecie motorem napędowym dla ojca był syn, który – rzecz oczywista -  był szybszy. - Miałem kogo gonić – mówi Wiesław. - Choć obaj popełnialiśmy wtedy wiele błędów. Nie wiedzieliśmy jak się poprawnie rozgrzać, jak porozciągać po bieganiu. Po prostu zakładaliśmy dresy i biegliśmy. Dopiero z czasem zaczęliśmy się dowiadywać, jak to robić w sposób efektywny i bezpieczny - opowiada. Z czasem Łukasz zaczął w Brzegu trenować pod okiem profesjonalnego trenera. Wiedzę tę przynosił na wspólne treningi z ojcem. Dlatego dziś biegacze ze Starego Wiązowa pamiętają o dobrej kilkunastominutowej rozgrzewce, zróżnicowanym treningu i bardzo ważnym rozciąganiu po treningu. Sportowcy zwracają uwagę również na sposób odżywiania, szczególnie przed planowanym biegiem. Tu pomysłów, zasad i przepisów jest wiele, ale jednym z popularnych jest lekki posiłek węglowodanowy, np. makaron z różnymi dodatkami, tak 2 – 3 godziny przed startem. Ważne, by nie najeść się do syta tuż przed biegiem. Po zakończeniu treningu też należy szybko zjeść coś lekkostrawnego, choćby banana, a chwilę później można zjeść większy posiłek. Trzeba pamiętać też o dobrym nawadnianiu.
Całą historię rodzinnego biegania Wiesław Hrydczuk ma zapisaną w notesie. Nie tylko gdzie biegł i kiedy, ale jakie osiągał wyniki i jak się przygotowywał
Trzy miesiące i na start
Zaledwie 10 tygodni wystarczyło, by dwójka Hrydczuków zameldowała się na starcie pierwszego swojego biegu na 10 km. Było to w Krapkowicach. - Pamiętam, że byłem bardzo podekscytowany tymi zawodami. Masa biegaczy, wspaniała atmosfera, odliczanie do startu i rywalizacja – wspomina Wiesław. - Nie byłem wcale ostatni i uzyskałem całkiem dobry czas, jak na tak krótkie przygotowania, bo 54 minuty, a Łukasz przebiegł w 42 minuty - dodaje.  
Krapkowicka impreza dodała takiego zapału, że biegacze zaczęli jeździć na wszelakie zawody rozgrywane w południowo-zachodniej Polsce. Od maja do końca 2011 roku Wiesław Hrydczuk wystartował w blisko 20 zawodach, w tym w listopadzie, w swoim pierwszym półmaratonie. Tradycją Hrydczuków jest kończenie sezonu Biegiem Sylwestrowym w Trzebnicy. Również w minionym roku spotkaliśmy tam biegaczy ze Starego Wiązowa.  
O ile dla Łukasza starty często kończą się zajęciem jakiegoś miejsca na podium, o tyle Wiesław startuje w kategorii wiekowej, w której osiągniecie sukcesów jest bardzo trudne, gdyż wielu zawodników ma kilkunastoletnią, a nawet kilkudziesięcioletnią karierę biegową. Co więc ciągnie go do biegania? - Oprócz tej niezwykłej atmosfery, motywuje to, że można pokonywać samego siebie, uzyskiwać coraz lepsze czasy, zajmować coraz wyższe miejsca. To jest jeden z czynników który przyciąga – wylicza Wiesław. - Poza tym człowiek czyje się zdrowszy, młodszy i optymistycznie nastawiony do życia.     

Sięgnął po koronę
Dla biegaczy jednym z największych wyzwań, jest udział w maratonie. Jeszcze większym jest start w maratonach, uznawanych za najbardziej prestiżowe. Na świecie takich imprez jest wiele, ale i w Polsce są biegi, które w środowisku sportowym uznawane są za najważniejsze i wchodzą w skład elitarnych biegów nazwanych Koroną Maratonów Polski. Są to maratony w: Dębnie, Krakowie, Warszawie, Wrocławiu i Poznaniu. Aby zdobyć Koronę Maratonów Polski, należy w limicie dwóch lat przebiec wszystkie wymienione biegi. Wiesław Hrydczuk jest prawdopodobnie jedynym mieszkańcem naszego powiatu, który klejnot ten zdobył.
„Zbieranie” maratonów rozpoczął od Krakowa. Osiągnął tam wówczas czas 4:28 godziny. - Było to po roku biegania i po trzech miesiącach przygotowań, właśnie pod kątem tej imprezy – wyjaśnia biegacz. - W tamtym czasie moje najdłuższe treningi były na dystansie 20 – 25 km. I było ich tylko 3 czy 4. To za mało – podkreśla. - To nienajlepsze przygotowanie sprawiło, że ból nóg na ostatnich pięciu kilometrach był tak wielki, że niejeden zawodnik by się wycofał. Ale byłem uparty, i chciałem dobiec za wszelką cenę – opowiad
Wiesław i Łukasz, tuż po ukończeniu ostatniego biegu w 2013 roku - dziesięciokilometrowego 29 Trzebnickiego Biegu Sylwestrowegoa. Po kwietniowym krakowskim, wybór padł na jesienny Maraton Wrocławski. Większe doświadczenie sprawiło, że tu problemów zdrowotnych już nie było, ale i treningi były lepiej prowadzone i były dłuższe, z najdłuższym 34-kilometrowym. Wszystko to poskutkowało również lepszym czasem, bo Hrydczukowi udało się osiągnąć 4:15 godziny. - Wtedy też pojawił się pomysł, że może spróbować zrobić „Koronę”... A wiązało się to z koniecznością startu już za miesiąc w Maratonie Poznańskim – wspomina nasz rozmówca. - Bardziej doświadczeni koledzy odradzali mi mówiąc, że jest to zbyt mała przerwa i mogę mieć problemy kondycyjne. Problemów nie miałem, wystartowałem, i, o dziwo, zrobiłem najlepszy mój czas 3:59 godziny.
Do „Korony” brakowało Wiesławowi jeszcze tylko dwóch klejnotów - wiosennego Dębna i Warszawy. Dlatego też sumiennie przygotowywał się przez całą zimę, biegając nawet przy minus 12 stopniach. Przed Dębnem był jeszcze półmaraton w Sobótce, gdzie na górzystej trasie nasz bohater osiągnął czas 1:45 godziny. Trasę w Dębnie Wiesław przebiegł w równo 4 godziny. Zaledwie trzy tygodnie po Dębnie, biegacz ze Starego Wiązowa postanowił jeszcze bardziej zaryzykować i pobiegł w Jelczu Laskowicach w tamtejszym maratonie, osiągając czas 3:53. Jak mówi, chciał się sprawdzić. Ostatnim w koronie był Maraton Warszawski 29 września 2013 roku. Tam po raz pierwszy Wiesław pobiegł razem z synem. A tydzień wcześniej obaj Hrydczukowie wystartowali w Strzelińskiej Dziesiątce, gdzie Łukasz zajął pierwsze miejsce w swojej kategorii i był drugim zawodnikiem z powiatu strzelińskiego, a Wiesław w swojej kategorii był 11. Wracając do Maratonu Warszawskiego, to Wiesławowi odnowiła się na nim dawna kontuzja, ale, mimo bólu, zrobił na nim swoją życiówkę, osiągając czas 3:53 godziny. Łukasz był oczywiście dużo lepszy od ojca i trasę ponad 42 kilometrów prze
biegł w 3:21 godziny.

Nie tylko wysiłek i kilometry
W sportowej przygodzie wiązowskich biegaczy zdarzają się też sytuacje niecodzienne. - Kiedyś biegliśmy do Kowalowa i z powrotem. Nagle obaj z tatą zobaczyliśmy na niebie układ chmur w kształcie moich inicjałów ŁH – wspomina Łukasz. Innym razem, kiedy Wiesław robił dłuższy 20-kilometrowy trening, nagle z rosnącej przy drodze kukurydzy wyskoczyło przed nim na drogę stado saren. Bardzo się wystraszył, ale na szczęście niecodzienne spotkanie skończyło się tylko na strachu i zwierzęta pognały, nie patrząc na człowieka. Obaj panowie podkreślają, że na zawodach nawiązuje się wiele znajomości, niekiedy przyjaźni. Co ważne, biegacze są wobec siebie bardzo życzliwi, często sobie pomagają.       

Wytrwale między wioskami
Hrydczukowie starają się biegać 3 - 4 razy w tygodniu. Wiele z tych treningów przeprowadzają w Brzegu, gdzie Łukasz chodzi do szkoły i trenuje w klubie Kotwica. Wiesław z kolei ma często kilkugodzinną przerwę w pracy, którą właśnie wykorzystuje na trening. Jeżeli natomiast mają okazję trenować w domu, to najczęściej można ich spotkać na trasie Stary Wiązów – Kowalów. Przygotowując się do maratonów, wydłużają trasę do Krajna, Wawrzyszowa, a nawet do Gnojnej. W najbliższym czasie Łukasz chce się skupić na biegach nieco krótszych - do 15 km, gdzie ma szanse zajmować wysokie miejsca, często na podium. Wiesław z kolei myśli o jakimś biegu dłuższym niż maraton, na przykład 50-kilometrowym ultramaratonie.   
Problemem dla większości biegaczy, co Hrydczukowie podkreślają, są nieodpowiedzialni kierowcy, którzy mijają biegnące osoby zbyt blisko. Jest to duże zagrożenie dla życia. Dlatego apelujemy do wszystkich, by nie narażać innych na utratę życia i zachować bezpieczną odległość, ale i prędkość.

***
Ponieważ Strzelin od dwóch lat ma swoją bardzo ciekawą imprezę biegową, o tej dyscyplinie i ludziach z nią związanych będziemy się starać pisać na naszych łamach częściej. Bo warto, by biegało nas coraz więcej, dla zdrowia, przyjemności, przyjaźni i medali.

Dodaj komentarz