Część walizek stoi nierozpakowana w nadziei, że wojna się skończy
Pisaliśmy już na naszych łamach o pomocy, jaka trafia do uchodźców za pośrednictwem samorządów. Dziś piszemy o mieszkańcach, którzy pomagają tak sami z siebie, kierując się odruchem serca.
Rozmawialiśmy z dwoma osobami, które przyjęły pod swój dach matki z dziećmi. Jeden z naszych rozmówców prosił o zachowanie anonimowości. Uszanowaliśmy jego wolę. W innym miejscu tego wydania „Słowa Regionu” relacja z domu, gdzie schronienie znalazło dziesięcioro uchodźców.
Rodzina, z którą rozmawiamy, zdecydowała się ugościć dwanaścioro uchodźców. - Po krótkiej rozmowie w rodzinnym gronie zdecydowaliśmy się zaprosić trzy mamy z dziećmi – powiedział nasz rozmówca. - Nie znaliśmy wcześniej żadnej z nich. Po przyjeździe do Strzelina okazało się, że najmłodsze dziecko liczy 3 lata, najstarsze to nastolatki, a jedno choruje na autyzm. Opieka nad osobą niepełnosprawną to zadanie na całą dobę przez siedem dni w tygodniu. Trzylatek też wymaga stałej opieki, dlatego na dziś tylko jedna z pań zainteresowana jest podjęciem pracy. Starsze dzieci chodzą do szkoły, ale utrzymują kontakt z rówieśnikami, którzy zostali w Ukrainie albo znaleźli schronienie w Polsce, poza Strzelinem. Staramy się odwiedzać naszych ukraińskich gości dość często, choć dbamy, żeby czuli się swobodnie. Żeby zadomowili się i nabrali poczucia, że mieszkają teraz z dala od rodzinnych stron, co nie jest ani proste, ani łatwe – dodał nasz rozmówca.
Poczucie zagrożenia, jakie niesie agresja Rosji na Ukrainę, towarzyszy uchodźcom nawet setki kilometrów od bombardowanych miast.
Tekst ukazał się w nr 13 (1101) wydaniu "Słowa Regionu". Cały artykuł przeczytasz na portalu egazety.pl, eprasa.pl, a także e-kiosk.pl