Brytyjski pisarz odwiedzał strzeliński dom dziecka

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 
Brytyjski pisarz Graham Masterton, autor ponad 130 powieści, odwiedzi Strzelin już 21 września. Będzie gościem Strzelińskiego Festiwalu Literatury. Spotkanie z autorem zaplanowano na godzinę 19.00. Początek przygody polskiego czytelnika z twoją twórczością to „Manitou” wydane przez Rebis. Jak doszło do wydania jej w naszym kraju?
- Wiosną 1989 roku zadzwonił do mnie polski wydawca, Tadeusz Zysk. Jakość połączenia była kiepska i trudno było go usłyszeć. W końcu jednak zrozumiałem, że chciał opublikować w Polsce moją powieść „Manitou”. W czasach komunizmu złoty nie był wymienialny na brytyjskie funty szterlingi, powiedział więc, że nie może mi zapłacić za prawa do powieści gotówką. Zaprosił mnie i Wieśkę do Polski i w zamian za możliwość wydania powieści proponował zapłatę religijnymi ikonami lub kiełbasą. Gdy mi to oznajmił, zaśmiałem się i miałem mu odmówić. Wtedy jednak moja żona, Wieśka, powiedziała mi, że nigdy nie była w Polsce, ponieważ urodziła się w niemieckim obozie dla przesiedleńców w Kolonii i chętnie by pojechała odwiedzić ojczyznę swoich rodziców. Nie potrafiłem jej odmówić. W ten sposób „Manitou” stał się pierwszą zachodnią powieścią grozy od czasów drugiej wojny światowej, która ukazała się w Polsce.

W Twoich powieściach często pojawiają się polskie akcenty. Wydaje się, że darzysz nasz kraj sentymentem. Dlaczego?
- Moja zmarła żona Wieśka była Polką. Przypuszczam, że powodem, dla którego uznałem ją za tak atrakcyjną, było to, że sam mam polskie pochodzenie. Mój prapradziadek handlował winem w Warszawie, z kolei pradziadek uciekł z Polski, aby uniknąć poboru do cesarskiej armii. Podczas tej ucieczki przepłynął wpław Wisłę. Los zawiódł go do Anglii, gdzie poślubił prostą dziewczynę, farmerkę. Życie na wsi mu nie wystarczało, stał się bardzo znanym agentem teatralnym. Przypuszczam, że mogłem odziedziczyć po nim skłonność do uwielbienia świateł sceny i występów przed publicznością. Prawda jest też taka, że ilekroć przyjeżdżam do Polski, bez względu na to, którą część kraju odwiedzam, zawsze czuję się, jakbym wrócił do domu.

W tym roku będzie miała miejsce 3. edycja konkursu literackiego dla więźniów „ W więzieniu pisane”. Jak powstał pomysł na organizację takiego przedsięwzięcia?
- Trzy lata temu brałem udział w promocyjnej wizycie we Wrocławiu i niektórych mniejszych miejscowościach, takich jak Brzeg i Sobótka. Mój przewodnik Marcin Dymalski z Aglomeracji Wrocławskiej, (Stowarzyszenie promujące kulturę we Wrocławiu i jego okolicach) zasugerował, że powinienem porozmawiać z więźniami w Wołowie. Kiedy doszło do tego spotkania, zaskoczyło mnie zainteresowanie osadzonych książkami i czytaniem, ale uderzyło mnie również to, że nie mieli możliwości wyrażenia swoich uczuć i przekazania ich światu zewnętrznemu. Pomyślałem, że gdyby mogli napisać opowiadania, które przeczytałoby wiele osób poza więzieniem, dałoby im to silniejsze poczucie własnej tożsamości. Także przekonanie, że wciąż są członkami społeczeństwa. Pomysł przedstawiłem dyrektorowi zakładu karnego w Wołowie, Robertowi Kuczerze. Pan Robert poparł ten pomysł. W ten oto sposób każdego roku otrzymujemy średnio ponad 100 tekstów z więzień w całej Polsce.

Przeprowadziłeś się swego czasu na kilka lat do Irlandii. Czy klimat nowego miejsca spowodował powstanie kryminałów z Katie Maguire?
- Cork to niezwykle klimatyczne miasto. Kiedy zdałem sobie sprawę, że nie osadzono w nim żadnej powieści kryminalnej, postanowiłem stworzyć detektyw Katie Maguire z irlandzkiej policji. W powieści, którą teraz piszę, Katie walczy z gangami narkotykowymi. Jest to duży problem w niektórych miastach w Irlandii, zwłaszcza w Dublinie i Limerick. Między gangami dochodzi do poważnych sporów, a na ulicach odbywają się strzelaniny i egzekucje gangsterów. W tej chwili piszę jedenasty tom tego cyklu.

Przyjeżdżasz często do Strzelina. Odwiedzasz miejscowy dom dziecka. Co słychać u dzieci?
- Kocham dzieci, a one zawsze niezwykle ciepło mnie witają. Jestem pod wielkim wrażeniem sposobu, w jaki jest prowadzony dom dziecka w Strzelinie pod kierownictwem Agnieszki Tekieli i jej personelu. Zawsze mam poczucie, że jest to czuła, kochająca się rodzina, pomimo problemów, z którymi dzieci borykają się w życiu. Staram się podczas moich wizyt w Polsce zawsze ich odwiedzić.

Dziękuję za wywiad i do zobaczenia już wkrótce w Strzelinie.
- Nie mogę się doczekać. Pozdrawiam mieszkańców Strzelina. Do zobaczenia!

Rozmawiał
Tomasz Duszyński