Na dwóch kołach do Jana Pawła II

Leonard Lis na czele prowadzonej przez siebie grupy, w czasie przejazdu przez SłowacjęKiedy zaczynał składać ze starych części kolarzówkę, nie przypuszczał, że Jan Paweł II i rowerowa pasja zaprowadzi go na szlak do „Wiecznego Miasta”. Aby dojechać do Rzymu, musiał pokonać Alpy, własne słabości i tysiące kilometrów.

2 kwietnia, w Wielki Czwartek, minęła dziesiąta rocznica śmierci św. Jana Pawła II. Dekadę temu Polska i świat pogrążyły się żałobie. Żyjącym Ojciec Święty zostawił jednak bogactwo swojej nauki i wspaniałe świadectwo życia. Takich głębokich słów, jak: „Wymagajcie od siebie nawet wtedy, kiedy inni nie będą od was wymagać...” jest bardzo wiele.
W Strzelinie mieszka ktoś, kto miał okazję uczestniczyć w niezwykłej i trudnej pielgrzymce do grobu naszego Wielkiego Rodaka, drodze, która wymagała długiego przygotowania i wytrwałości. Leonard Lis, który choć jest emerytem, stawia sobie wyzwania godne zawodowych sportowców. Jest biegaczem i kolarzem. Pasja do kolarstwa i osoba Papieża Jana Pawła II sprawiły, że ruszył na rowerową pielgrzymkę z Polski do Rzymu.

Uczestniczył Pan w pielgrzymce rowerowej z Polski do Rzymu. Jak do niej doszło?
- Kiedyś w jednym ze sklepów rowerowych we Wrocławiu usłyszałem, że organizowane są pielgrzymki rowerowe do różnych europejskich sanktuariów. Od tego czasu szukałem okazji, by w jakiejś wziąć udział. Dowiedziałem się o katolickiej grupie kolarskiej z Rzeszowa, która organizuje rowerowe pielgrzymki i wybrałem się z nimi dwa razy do Częstochowy. Jedna miała 600 km w roku 2012 i druga 900 km. Prezes rzeszowskiego klubu ks. Mariusz Nowak zaproponował, by w roku 2014 pojechać do Rzymu.

Jak wyglądało Pana przygotowanie do podróży?
- Dobrego przygotowania wymaga sprzęt i własna kondycja. Przed takim wyjazdem trzeba przejechać przynajmniej 1000 - 2000 km, aby organizm był gotowy na taki wysiłek.

Proszę powiedzieć, jak przebiegał przejazd tak gigantycznej trasy?
- Rzeszowski klub ma to przygotowane bardzo dobrze. Wszystkie potrzeby jadących na rowerach są zaspokojone. Ze sobą nic nie wieziemy, oprócz bidonów z napojami. W autobusie transportowany jest bagaż główny, który jedzie z jednej bazy noclegowej na następną. W busie jedzie bagaż podręczny oraz wszystko, co jest nam potrzebne podczas przerw na danym etapie. Mamy własnego kucharza i kwatermistrza.
Każdy dzień naszej podróży zaczynał się od wczesnej pobudki. Później Msza św., śniadanie, spakowanie się po noclegu (w zależności, czy była to jakaś sala, czy pole namiotowe) i ruszaliśmy w drogę.
Podczas każdego etapu, co kilkadziesiąt km, były zaplanowane postoje, odpoczynki i przerwy na posiłek. Dziennie pokonywaliśmy od stu kilkudziesięciu km do prawie 200. Średnie tempo na etapie to 20 - 22 km/h. Jechaliśmy w trzech grupach, w pewnej odległości od siebie, każda po kilkanaście osób. Mnie przypadła rola kierownika jednej z grup. Łącznie było nas czterdziestu paru uczestników, w tym 4 księży. Mieliśmy do pokonania 13 etapów, ale były też dni przerwy, podczas których odpoczywaliśmy i zwiedzaliśmy atrakcyjne miejscowości. Łącznie przejechaliśmy 2000 km. Powrót był już autobusem.

Czy przy tak intensywnym wysiłku mieliście zatem czas, by się bliżej poznać?
- Oczywiście. Po południu, po dotarciu na miejsce noclegu, spotykaliśmy się i rozmawialiśmy z sobą. Byliśmy z całej Polski, od młodzieży w wieku kilkunastu lat, po osoby starsze. Mało tego, na takiej pielgrzymce nawiązuje się wiele przyjaźni, które później się podtrzymuje.

Które etapy podczas tej pielgrzymki były najtrudniejsze?Leonard Lis
- Dla mnie najtrudniejsze były te, kiedy padał deszcz i trzeba było wstać, zwinąć namiot, spakować się i wsiąść na rower. To było najmniej przyjemne, bo sama jazda dla mnie nie stanowiła problemu, może dlatego, że byłem dobrze wytrenowany.

A które chwile zapadły Panu szczególnie w pamięci?
- Jednym z takich wydarzeń był przejazd przez Rzym. Przez to miasto przedrzeć się jednemu rowerzyście jest trudno, a co dopiero kolumnie kolarzy. Dlatego została zorganizowana eskorta policyjna, która „na kogutach” doprowadziła nas na Plac św. Piotra. W momencie, kiedy tam dotarliśmy, na wypogodzonym wcześniej niebie pojawiły się groźne deszczowe chmury i zaczęła się burza. Pamiętam jednak wielką radość, która poprzedzała to wydarzenie, kiedy dojeżdżaliśmy do Rzymu. Cieszyliśmy się z tego, że podołaliśmy trudom pielgrzymowania, że dotarliśmy do celu. Było to bardzo budujące przeżycie.

Rozumiem, że nie był to koniec Waszego pobytu w Rzymie...
- Oczywiście. W kolejnych dniach wracaliśmy na Watykan. Byliśmy przy grobie Jana Pawła II. Już bez burzy doświadczaliśmy niezwykłości tego miejsca.

Panie Leonardzie, zadam bardzo osobiste pytanie. Czy w trakcie pielgrzymowania miał Pan chwile, w których czół Pan bliskość św. Jana Pawła II albo nawet obecność samego Boga...
- Duchowość była nieodłącznym elementem tego wyjazdu. W pielgrzymce uczestniczył m.in. ks egzorcysta, który opowiadał o różnych przypadkach, z którymi się zetknął. W czasie przerw na etapach mieliśmy modlitwy, więc ten klimat bliskości Boga cały czas nam towarzyszył.

A kim dla Pana osobiście był - jest - Jan Paweł II?
- Przede wszystkim to wielki autorytet. Niezwykły człowiek, który pozostawił nam po sobie ogromne bogactwo życia, z którego możemy i powinniśmy czerpać. Każdy z nas powinien znaleźć w życiu czas, by zgłębić jego naukę. Już jako dorosła osoba, dzięki temu, że miałem w rodzinie wujka księdza spod Pszczyny, słyszałem o wyjątkowości, wówczas jeszcze kardynała Wojtyły, z którym mój wujek się spotykał. Życzyłbym nam wszystkim, byśmy chociaż w części mogli być tacy, jak nasz Papież.

Może nam Pan powiedzieć, czym różni się pielgrzymowanie na rowerze od zwykłej wyprawy rowerowej grupy znajomych?
- W zwykłych wyjazdach zawsze jest jakiś element współzawodnictwa, rywalizacji. W pielgrzymowaniu ważniejszy jest drugi człowiek, pomoc innemu, zwrócenie uwagi na potrzeby współpielgrzyma. Tu zawsze możemy liczyć na drugiego człowieka.

Choć wielu mieszkańcom naszego powiatu jest Pan znany, proszę powiedzieć, kiedy zaczęła się Pana przygoda ze sportem.
- Zainteresowania sportowe pojawiły się u mnie już w szkole podstawowej, ale dopiero w średniej zacząłem poważniej je traktować. Pierwszą uprawianą dyscypliną były zapasy. Jadnak był to krótki epizod, gdyż już w kolejnym roku zacząłem uprawiać kolarstwo. Był tu prężny klub, w którym swoją przygodę zaczynały takie gwiazdy kolarstwa jak Jan Brzeźny czy Janek Faltyn. Brzeźny ma dziś sklep rowerowy w Łagiewnikach, a Faltyn został medalistą mistrzostw świata w kolarstwie torowym na zawodach w Ameryce Południowej.
Jeździliśmy na różnych rowerach, uczestniczyłem nawet w kilku wyścigach. Niestety, w roku 1970 podczas wakacyjnego treningu w Nowej Rudzie, na jednym z ostrych wiraży, upadłem i złamałem sobie kość udową. Resztę wakacji spędziłem w szpitalu, potem była rekonwalescencja. Wypadek i nauka przed maturą sprawiły, że piękna przygoda z kolarstwem się zakończyła. Niestety, od tego czasu zacząłem palić i to przez 38 lat. Na szczęście skończyłem z tym, a wszystko za sprawą powrotu do kolarstwa. Sympatia do roweru była jednak głęboko we mnie zakorzeniona. Kiedy zacząłem pracę w Ludowie, to sprawiłem sobie składaka, dobrałem odpowiednie przełożenia i często dojeżdżałem nim do szkoły. Pod koniec pracy zawodowej w wieku pięćdziesięciu kilku lat postanowiłem wrócić do prawdziwego kolarstwa. Złożyłem sobie pierwszą kolarzówkę. Szybko udało mi się zarazić kolarstwem dwóch kolegów z Ludowa, Jerzego Manieckiego i Jana Jagiełę. Poznałem też kolarza z Wiązowa, Jurka Mizerka, który ma dziś już 75 lat. We czwórkę zaczęliśmy jeździć.

Jakie ma Pan kolarsko-pielgrzymkowe plany na najbliższy czas?
- Chciałbym pojechać do mojego kolegi z pielgrzymki do Bukowiny Tatrzańskiej i stamtąd objechać od strony słowackiej całe Tatry. A jeżeli czas pozwoli, to jeszcze zobaczyć kilka ciekawych miejsc na Podkarpaciu. Poza tym, chciałbym się spotkać z grupą z Rzeszowa, która w tym roku jedzie na pielgrzymkę do Częstochowy. I tam chciałbym do nich dołączyć. Ogólnie do jesieni planuję przejechać ok. 5 tys. km.

To może na zakończenie naszej rozmowy proszę powiedzieć tym, którzy chcieliby wziąć udział w podobnym wydarzeniu, gdzie szukać informacji o rowerowych pielgrzymkach. Ile to kosztuje?
- Pielgrzymki organizują różne katolickie kluby kolarskie. Można dowiadywać się o nich w parafiach lub w internecie. Koszt pielgrzymki zależy od jej długości, ale można przyjąć, że jeden dzień to wydatek na poziomie 100 zł.

Dziękuję Panu za rozmowę i życzę wielu wspaniałych wrażeń zarówno na kolarskich trasach, jak i pielgrzymich szlakach.
Rozmawiał Andrzej Kaczmarek

Uczestnicy rowerowej pielgrzymki na Placu Św. Piotra