Tylko podwyżka!

Budynek Strzelińskiego Centrum Medycznego, w którym pracują protestujące pielęgniarki oraz położnePielęgniarki i położne z SCM zjednoczyły się. Albo zostanie zwiększone ich wynagrodzenie, albo odejdą z pracy. Na temat ich problemów udało nam się porozmawiać z pielęgniarkami oddziału wewnętrznego, chirurgicznego oraz położną.

W ostatnim numerze oraz kilku wcześniejszych wydaniach pisaliśmy o dramatycznie trudnej sytuacji płacowej pielęgniarek z SCM. Głodowe zarobki zmusiły tę grupę zawodową do wyjścia „na ulicę”. Mimo tego nadal nic się w tej sprawie nie zmieniło. Spotkaliśmy się z białym personelem i wysłuchaliśmy pań mówiących o swoich problemach. Większość z nich, ze zrozumiałych względów, wypowiadało się bez podania nazwisk.
Od 8 lat podstawę wynagrodzenia pielęgniarek i położnych w SCM stanowi kwota 1490 zł brutto.
- Ostatnie podwyżki, w okolicach 2% były za prezesa Nowaka. Potem już tylko zabrano nam 1% (14,80 zł) premii, który nam się należał. Szczyt! Nie mamy jubileuszówek, trzynastek ani wysługi lat. Nic nie mamy! Mamy gołą pensję. Na rękę to około 1500 zł – mówią pracownice oddziału wewnętrznego.
- Ja mam 37 lat pracy i pensję 1570 zł, maksymalnie! - dodaje jedna z nich.
Natomiast pielęgniarka z oddziału chirurgicznego uzupełnia: - Byłam miesiąc na zwolnieniu lekarskim. Otrzymałam 1000 zł wynagrodzenia. A pracuje się ciężko. Jesteśmy dwie na oddziale chirurgicznym plus 24 godziny w ambulatorium chirurgicznym. Przyjmujemy wszystkich pacjentów z nagłymi urazami. Potem przechodzimy na zabiegówkę i zakładamy gipsy, szyjemy, zaopatrujemy rany. Jeśli dochodzi do nocnej operacji pracujemy jako tzw. brudne pielęgniarki. To już jest za dużo. Nie mamy po dwadzieścia lat, tylko po pięćdziesiąt plus. Wszystkie! Jestem już tak zdesperowana, że jest mi wszystko jedno, czy zamkną szpital. Nie mam ochoty pracować za darmo! Nie mam środków do życia. Gdy mąż nie pracował, musiałam ciągnąć dwa etaty, w Strzelinie i we Wrocławiu. Po 240 godzin miesięcznie. Nie mam już siły. Nie ujmując nic lekarzom, bo sama nie mogę podjąć ostatecznej decyzji, moja obserwacja pacjenta i moja pierwsza reakcja to jest ratowanie życia. Odpowiadam za życie ludzi i, nie ubliżając absolutnie nikomu, zarabiam mniej niż kobieta sprzątająca w NFZ.

PołożnePrzełożona położnych i pielęgniarek z SCM Danuta Diduch
Położna, od 29 lat odbierająca porody przez ostatnie 10 lat na sali porodowej strzelińskiego szpitala, mówi, że jej najgorszą życiową decyzją jest zatrudnienie się w tym miejscu. Przede wszystkim z powodów finansowych. Jej wypłata to 1280zł. Znalazła już pracę za granicą i odchodzi z oddziału położniczego. Co dzień spogląda na przyklejony do lustra odcinek z podkreśloną kwotą wypłaty i co dzień utwierdza się w przekonaniu, że w końcu podjęła dobrą decyzję. Z żalem mówi: - Nie zrezygnowałam z nocek, mimo iż są ciężkie i mało płatne. Dyżury są pojedyncze. Pracujemy same i nie tylko na sali porodowej. Mamy jeszcze oddział, pacjentki po cięciach cesarskich, pacjentki na sali przedporodowej, które muszą mieć odpowiednią opiekę. Przyjmujemy pacjentki do szpitala na oddział położniczo-ginekologiczny. To wszystko jest na krawędzi bezpieczeństwa,w dodatku za „miskę ryżu”. Tego nie można inaczej nazwać. Były przypadki, kiedy odbywały się naraz trzy porody i pacjentki po cięciach cesarskich mogły być objęte (niestety) tylko minimalną opieką. Z pieniędzy, które zarabiamy, nie stać nas nawet na adwokata, gdyby się coś stało. W pewnym momencie trzeba powiedzieć stop. Nikomu nie ubliżając, nie jesteśmy z partyzantki, spod łopaty, ale odpowiadamy za życie. Odbieramy je i przyjmujemy na świat. Babrzemy się we krwi i innych rzeczach. Robimy dodatkowo masę rzeczy, których położna nie powinna robić. Chcemy za to godziwego wynagrodzenia, chcemy czuć się dowartościowane.

Jak pracują?
Stroje do pracy panie otrzymały 8 lat temu, po 2 mundurki, które piorą same w domu. Jednak nie wszystkie przetrwały tyle czasu. Kolejne kupują już za własne pieniądze. Także spodnie i buty, których koszt to minimum 30 zł.
- Nie dostajemy żadnego wyposażenia. Nie dostajemy ani złotówki na przeszkolenia. Robimy to we własnym zakresie, za własne pieniądze. Najtańszy kurs to wydatek rzędu 300 zł. Ciągle nam się tylko coś obiecuje. Podobnie sprawa ma się z podwyżkami. Co rok słyszymy - „będą w przyszłym roku”. Byli prezesi, którzy w ogóle nie chcieli z nami na temat podwyżek rozmawiać. Nie pojawiali się w szpitalu. Może na parterze, 1 piętrze, sporadycznie. Do nas, na oddział internistyczny, ZOL (zakład opiekuńczo-leczniczy) zlokalizowany na 3 piętrze czy ginekologię na drugim, nawet nie zaglądali. Nie wiedziałyśmy, jak wyglądają. Zbywano związki zawodowe – skarżą się.
Na ZOL’u leżą osoby, które wymagają całkowitej pielęgnacji, leżą do śmierci. Nie poruszają się, wymagają karmienia.
- Na nocce są 2 dziewczyny, po 14:35 trzy z nas. Na dwa oddziały. Niejednokrotnie mamy także pacjentów, którzy leżą pod respiratorami, są monitorowani (kiedyś trafiali na już zlikwidowany oddział intensywnej terapii). Często, do opieki nad nimi, ściągane jesteśmy na dodatkowe dyżury, za które niechętnie nam się płaci. Mamy więc godziny do odebrania, ale wcale nam się ich nie oddaje. Nie ma jak! - relacjonują.
- Grafik układam na 3 miesiące. Nie miną dwa dni, a zmuszona jestem na nowo go układać, bo nie ma kim poobsadzać dyżurów. Wystarczy, że któraś z nas zachoruje. A ranek wygląda tak, że trzeba dwadzieścia kilka osób umyć, nakarmić, zwieźć na badania na parter budynku (rentgen, usg, tomograf, gastroskopia, kolonoskopia). Z połowy sal nie można wyjechać łóżkami, trzeba pacjentów przełożyć na wózki. Wszystko jest na naszych rękach i naszych plecach. Szykują się stopniowe odejścia na emeryturę. Nie wiem, jak to będzie dalej... - podsumowuje jedna z pielęgniarek.

Wypowiedzenia
- Jesteśmy zdecydowane wypowiedzieć umowy o pracę. Wszystkie, cały szpital! Także laboranci i salowe. Druki mamy przygotowane i wypełnione. Czekamy na decyzję. W przypadku odmówienia nam zwiększenia naszych wynagrodzeń, idziemy z wypowiedzeniami do prezesa – informują.
Kolejna z pań dorzuca: - Gdybyśmy zarabiały 2000 zł na rękę, to już byłoby dobrze.
Pielęgniarki z sali wybudzeń i z bloku operacyjnego wypowiedzenia złożyły już 21 stycznia. Obowiązuje je 3-miesięczny okres wypowiedzenia. Według informacji uzyskanych od ich koleżanek, mają już zapewnioną pracę w innych szpitalach.
Głos zabrała również przełożona pielęgniarek i położnych w SCM - Danuta Diduch, która swoje stanowisko piastuje od lutego 2013 roku, powołana na nie przez poprzedniego prezesa. W strzelińskim szpitalu pracuje 8 lat. Pierwsze 6 jako instrumentariuszka na bloku operacyjnym. Zna więc doskonale problemy pielęgniarek i położnych z SCM, gdyż reprezentuje tę właśnie grupę zawodową. - Administratorem jestem od niedawna. Problemy są ogromne. Stan, który zastałam 2 lata temu, to 70 etatów pielęgniarek i położnych oraz 12 etatów salowych. Po dwie salowe na oddziale. Brudno w szpitalu. Dyżury na granicy bezpieczeństwa. Obecny prezes mówił mi, że mam zielone światło. Zwiększono zatrudnienie o 20 etatów. Oddziały zostały doposażone, ale to jest wszystko mało, za mało. Posiłkują nas panie z dyżurów zleconych. Na chwilę obecną najgorsza sytuacja jest na oddziale internistycznym, neonatologicznym, położniczo-ginekologicznym oraz na bloku operacyjnym. Natomiast na wszystkich brakuje co najmniej dwóch etatów pielęgniarek, zapewniających w miarę normalne funkcjonowanie oddziału. Pielęgniarek niestety nie ma. Nie ma też chętnych. Część z pań, które przyszły, zrezygnowała z pracy. Odchodzą panie na emeryturę. Po kolei... To są ciężkie oddziały. Tutaj potrzebna jest wzmożona obsada. Co mogą zrobić dwie pielęgniarki na dyżurze, na którym mają pod opieką blisko 30 pacjentów? Trudno wykonać zlecenia. A gdzie toaleta, rozmowa z pacjentem? (...) Udało mi się wyegzekwować płatności za godziny nadliczbowe, wcześniej to też nie było możliwe, ale pensje są, jakie są. Sytuacja jest bardzo trudna. W tej chwili nie widzę rozwiązania. Jeżeli nam nie pomogą władze, to sytuacja będzie potworna. Wystarczy, że z poszczególnych oddziałów odejdzie 1 lub 2 pielęgniarki nie będzie ciągłości w dyżurach.
Danuta Diduch kilkakrotnie uczestniczyła w spotkaniach z zarządem powiatu. Jest oburzona, że zarząd mówi, iż nie zna sytuacji w SCM:
- To jest kpina z naszej grupy zawodowej! Ci ludzie od lat piastują różnorakie stanowiska we władzach powiatu, są lokalnie związani ze sprawą. My czekamy na decyzję, a pan starosta odbija piłeczkę do prezesa Kurowskiego. Panowie między sobą powinni dojść do porozumienia, powinni mówić jednym głosem.
Przełożona pielęgniarek i położnych dodaje także: - Niech się środowisko dowie, jakich mamy zarządców! Nasza grupa zawodowa jest strasznie traktowana, pozbawia się nas godności. W którym kraju pielęgniarka nie jest w stanie utrzymać się z własnej pracy? Tylko w naszym! Jest ogromna przepaść pomiędzy pielęgniarkami a lekarzami. Bijemy na alarm! Nasz zawód umiera! Nie będzie kto miał się nami zajmować na stare lata!