Szantażu w szpitalu nie było...

O zdanie na ten temat poprosiliśmy prezesa Strzelińskiego Centrum Medycznego, Krzysztofa KurowskiegoAnonimowy list od pracowników strzelińskiego szpitala, o którym pisaliśmy w nr 2 (743) „Słowa Regionu”, zawierał kilka mocnych zarzutów pod adresem rządzących spółką...

Wynikało z niego, iż prezes oraz radca prawny postawili pracownikom ultimatum: albo podpiszą ugodę, albo SCM wniesie oskarżenie do sądu i każdy z pracowników będzie musiał spłacać zadłużenie, wraz z odsetkami.  Zadłużenie wynika z niezapłaconych składek ZUS od zawartych z pracownikami umów zlecenie, którzy zatrudnieni byli dodatkowo w NZOZ SCZ. O zdanie na ten temat poprosiliśmy prezesa Strzelińskiego Centrum Medycznego, Krzysztofa Kurowskiego, który odniósł się także do kilku innych kwestii.
Panie prezesie, poznał Pan już treść listu, który przyszedł do naszej redakcji. Czy zarzuty w nim stawiane są prawdziwe? Faktycznie odbyło się spotkanie, podczas którego postawiono pracownikom ultimatum, namawiając na ugodę, która nie jest dla nich również zbyt korzystna?
- Chciałbym powiedzieć, że szpital strzeliński jest jednym z wielu szpitali powiatowych, który zastosował w latach 2008 - 2011 taki sposób zatrudnienia pracowników. W konsekwencji, dopiero w wyroku Sądu Najwyższego, który zapadł w 2010 r., Zakład Ubezpieczeń Społecznych zaczął występować do szpitali o zwrot ZUS-u, ponieważ uważa, że sposób zatrudnienia pracowników i prowadzenia przez nich działalności gospodarczej w świetle wyroku, był formą zatrudnienia wymagającą poniesienia tych opłat.
Nigdy nie stawialiśmy naszym pracownikom ultimatum i nigdy nie było opisanego w anonimie straszenia. Spotkanie, owszem, odbyło się. I żeby o całej sprawie opowiedzieć i wyjaśnić, skąd się to nasze spotkanie wzięło, to należałoby wrócić do historii. Bo wszyscy mówią o jakichś wyrokach, a nie wiedzą, o co chodzi i jakiego okresu dotyczy ta sprawa.

Przybliży Pan zatem temat?
- W 2008 r. w życie weszła tzw. dyrektywa 48, która określała czas pracy personelu medycznego – 48 h tygodniowo. Z tego powodu nagle w całej Polsce zabrakło lekarzy i pielęgniarek, ponieważ nie było wystarczająco personelu na rynku pracy, by w tym skróconym czasie obsadzić wszystkie dyżury i zachować ciągłość świadczenia usług medycznych. W którymś ze szpitali w Polsce wymyślono na to sposób: pracownicy zaczną prowadzić działalność gospodarczą. Jako pracownicy spółki przepracują tyle godzin, ile mogą, a na pozostały czas będą wystawiali faktury za pracę.
W latach 2008-2009, kiedy prezesem był pan Filip Nowak, zaczęto na takich zasadach przyjmować pracowników tutaj. Pod koniec roku 2009 odszedł prezes Nowak, a na jego miejsce przyszedł pan prezes Sitko, który kontynuował te umowy przez 1,5 roku. Następnie prezesem został pan Sołowiej, który robił to przez kolejny rok. Nikt tego nie kwestionował przez trzy kolejne zarządy, po czym odbyła się kontrola Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, w wyniku której została wystawiona decyzja o zapłaceniu składek. Polega to na tym, że ZUS, opierając się o wyrok Sądu Najwyższego, uznał, że owi pracownicy nie wykonywali usług, tylko, ponieważ pracowali cały czas w tym samym miejscu, korzystali z tych samych urządzeń i pomieszczeń, że cały czas pracowali na umowę o pracę. No i właśnie w związku z tym powinna być od tej kwoty, która była przepracowana jako usługa (działalność), odprowadzona składka ZUS (tak, jak od normalnej umowy o pracę). Oznacza to, że część składek płaci pracodawca, część pracownik.
Szpital dostając wyrok w tej sprawie, jest zobowiązany pokryć należności, które winni są pracownicy oraz sam szpital.

Wróćmy więc do tematu rzeczonego spotkania z pracownikami, bo przyznał Pan, że ono się odbyło. Na jakich zasadach?
- Intencją spotkania, które się odbyło, było przeszkolenie pracowników, podyskutowanie i przekazanie im stanu faktycznego szpitala. Zastałem firmę w 2013 r., a od dwóch lat nie prowadzimy już takich działalności, cały czas dostaję wyroki dotyczące postępowania poprzednich zarządów. W tej chwili sąd prowadzi ok. 80 spraw, a w części wyroki już zapadły. Jesienią ubiegłego roku od wyroków, które zapadły i są niekwestionowane, zapłaciliśmy kilkaset tysięcy złotych i spłacamy to dalej w układzie ratalnym. Ja stanąłem przed takim dylematem: żądać od pracowników, by zapłacili tę swoją należną część, czy też może wystąpić do zgromadzenia wspólników o to, aby tę kwotę umorzyć i odstąpić od spłaty. Mówimy tutaj zarówno o pielęgniarkach, które mają zapłacić kilkaset złotych, jak i o lekarzach, którzy mają do zapłacenia kilkanaście, a nawet i kilkadziesiąt tysięcy. Zastanawiałem się również nad tym, czy procedury umarzania i kwestionowania kwot od poszczególnych osób rozpocząć teraz, czy może też poczekać, aż rozstrzygną się wszystkie sprawy i zapadnie jedna decyzja wobec wszystkich pracowników. Jesienią upłynął termin na wezwanie pracowników do zapłacenia. Wraz z prawnikami przygotowaliśmy formułę, która nazywa się „za wezwaniem do ugody przedsądowej”. Bez względu na wynik tej ugody, przerywamy w ten sposób bieg przedawnieniu sprawom, które już powinniśmy zacząć egzekwować.
Zaproponowaliśmy w ten sposób bardzo atrakcyjne, jak na nasze możliwości, warunki spłaty zadłużenia. Mieliby do zapłacenia gołą kwotę, która przypadałaby na pracownika, jako ten jego udział, bez odsetek i rozkładamy to na 30 rat. Taka była nasza propozycja. Ale podkreślałem, że nikt nie musi się na to godzić. Mogą w ogóle nie przyjść do sądu, ponieważ nie jest do wezwanie do zapłaty, tylko jedynie przerwanie biegu przedawnienia. Wszystko po to, by nikt nie zarzucił nam, że zaniedbujemy interes szpitala, który i tak jest w trudnej sytuacji. To jest sedno sprawy, która została nazwana szantażem i przedstawiono ją na pierwszej stronie gazety grubymi literami. (…) Spotkaliśmy się z pracownikami i powiedzieliśmy im dokładnie to samo, co ja mówię teraz pani. Personel usłyszał od nas, że na chwilę obecną zarząd nie podjął decyzji, czy będzie od kogokolwiek egzekwował te sumy pieniędzy. Ale chciałbym jeszcze dodać, że gdy zakończą się wszystkie sprawy, zestawię je w jednym dokumencie i przedstawię właścicielowi do podjęcia decyzji. Bo to, że pieniądze trzeba zapłacić i ZUS je dostanie od strzelińskiego szpitala, jest pewne. Nie jest natomiast pewna decyzja właściciela, czyli zarządu powiatu, czy wyegzekwujemy należną część pieniędzy od pracowników, czy po prostu im to darujemy.

Skoro wyjaśnił Pan pracownikom sytuację w ten sposób, skąd w takim razie taka ich reakcja? I jak zareagowali pracownicy podczas samego zebrania?
- Pracownicy nabrali przekonania, albo opacznie zrozumieli, że był jakiś szantaż i nakłanianie do płacenia. Ale ja tego nie rozumiem, bo ani nie mieliśmy takich intencji, ani potrzeby. Tym bardziej, że 70% spraw jest jeszcze nierozstrzygniętych. Jeszcze nic nie wiadomo. Nie wiem więc, które osoby mogłyby wystosować ten list. Ale słyszałem dyskusje pielęgniarek, które mówiły, że czują się oszukane. Wszyscy pracownicy byli oburzeni sytuacją. (…) Ale nie mają komu tego oburzenia przekazać, więc kierują je na przedstawicieli obecnej władzy.
Nie dziwię się i rozumiem to. Szczególnie w przypadku pielęgniarek, które zarabiają bardzo skromnie, co zawsze potwierdzałem. Gdyby miały jeszcze ze swoich wynagrodzeń oddać kilkaset złotych, to faktycznie budzi frustrację. Prawnie jest uzasadniona. Ale, patrząc tak po ludzku na cały problem, pielęgniarki są pokrzywdzone.

Odniosę się jeszcze do ostatniego remontu części szpitala. Są pieniądze na remont ,a nie ma na wyższe wynagrodzenie pracowników. Skąd to wynika?
- W 2010 r. na konto spółki wpłynęła dotacja, ponad 5 mln zł (jako zwrot dotacji unijnych). Kupiono wówczas tomograf, wyremontowano sale operacyjne, wykonano komputeryzację szpitala. Środki powiatowe pozostawiono na kontach spółki, wraz z bilansem, jaki wskazał pan prezes Nowak, który odchodząc z funkcji prezesa zostawił w kasie zakładu ok. 2 mln zł. Nie dokonałem szczegółowej analizy, ale wiem, że szpital w latach 2010-2011 posiadał na swoich kontach pieniądze wystarczające na zmianę uposażenia pielęgniarek. Do 2012 r. kwoty te zostały jednak skonsumowane. Nie zapłacono odszkodowania poparzonemu dziecku 5 lat temu, nie zapłacono tych kwot, które rości sobie ZUS. Spółka wchodziła w rok 2013, kiedy ja objąłem stanowisko prezesa, z kwotą 600 tys. zł. Ja tę kwotę zamroziłem. Radni powiatowi zdecydowali w czerwcu 2013 r., że spółka zaczyna realizować jeden z sześciu przedstawionych wariantów, mianowicie wariant II – prorozwojowy. Kwotę, którą posiadaliśmy, przeznaczyliśmy na zrealizowanie audytów i projektów, na aplikacje unijne oraz przygotowanie niezbędnych wniosków o to, by uzyskać środki unijne. Tak też się stało. 600 tys. zł zamieniliśmy na 6 mln zł. Te środki były dedykowane na ściśle określone cele, które zostały zrealizowane. (…) W spółce nastąpiły ogromne zmiany. To nie tylko nowe okna i elewacja, ale także reorganizacja spółki. Dziś realizujemy kontrakt na znacznie wyższym poziomie, ale nie na tyle wysokim, by samodzielnie problem podwyżek rozwiązać. Zrealizowane inwestycje nie miały wpływu na bieżącą sytuację szpitala. (…) Śmiem twierdzić, że gdybyśmy tych remontów nie przeprowadzili, dzisiaj szpitala by nie było.

Panie prezesie, pojawiały się również głosy, że chciał Pan wystąpić o upadłość szpitala. Podobno nie zgodziła się na to rada nadzorcza...
- Oba twierdzenia są nie do końca nieprawdziwe. Ale w grudniu 2013 r. pojawiły się przesłanki do tego, by wystąpić do powiatu z wnioskiem o podjęcie dalszych decyzji ws. działalności przedsiębiorstwa. (…) Zgromadzenie wspólników podjęło decyzję, że kontynuujemy działalność. To było 17 grudnia 2013 r., a 19 grudnia w obecności zarządu powiatu podpisywaliśmy umowę na termomodernizację obiektu. Powiat wiedział, że sytuacja szpitala jest trudna. Podobne informacje przekazywaliśmy zarządowi jeszcze trzy razy. Prosiliśmy o wspomożenie swojej spółki lub podjęcie decyzji co dalej.
W listopadzie 2014 r. zarząd podjął decyzję o dalszej działalności i dokapitalizowaniu spółki. Ale po wyborach zmienił się skład zarządu i wcześniej powzięte decyzje nie były kontynuowane. We wtorek, 3 lutego br., odbyło się zgromadzenie wspólników i zarząd powiatu podjął decyzję, że spółka ma kontynuować swoją działalność, ale nie wie, jak rozwiąże jej problemy finansowe.
Ja nie stawiałem wniosku o upadłość. Moim zadaniem jest realizowanie postanowień powiatu.

Chciałby Pan się odnieść do ostatniej sesji powiatu?
- Relacja z sesji pokazuje tylko część prawdy. To zrozumiałe, bo nie da się wszystkiego słowo w słowo przekazać. Kiedy przeczytałem artykuł, to odniosłem wrażenie, że mnie ktoś na tę sesję prosił i o niej informował, a ja się na nią nie stawiłem.
Dwa dni przed sesją, podczas posiedzenia zarządu powiatu, pan starosta poprosił mnie, abym spotykając się w czwartek na negocjacje z pielęgniarkami (red. - 29 stycznia, tego samego dnia odbyła się sesja), zakończył te spotkania w takim czasie, by umożliwić im przyjście na sesję, ponieważ on je zaprosił. Ja zaproszenia na sesję nie otrzymałem i realizowałem w tym czasie inne zadania. Obecny starosta na pewno nie zrobił tego umyślnie. Jemu do głowy nie przyszło, żeby mnie zaprosić, a mnie do głowy nie przyszło, żeby tam być.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Eliza Engel