Historia pierwszej strzelińskiej podstawówki wciąż budzi emocje i wspomnienia, którymi dzielą się nasi czytelnicy. Jak "jedynkę" wspomina późniejsza nauczycielka tej szkoły Krystyna Kubów? Przypominamy też o trwającym konkursie "Od kałamarza do tabletu".
Wielu mieszkańców powiatu strzelińskiego to wychowankowie nauczycielki chemii i biologii Krystyny Kubów. Pani Krystyna postanowiła podzielić się swoimi wspomnieniami z lat szkolnych, a była uczennicą pierwszej strzelińskiej podstawówki.
- Naszą "jedynkę" nazwano „szkołą wędrowniczką”, a jej uczniów i nauczycieli – „podróżnikami”. Na to miano zasłużyła też moja klasa - wspomina Krystyna Kubów. Ze szkołą pierwszy raz spotkała się 1 września 1967 r. Wewnątrz budynku zaskoczyły ją czarne podłogi korytarzy, konserwowane "ropą". Jednak ze względu na remont, klasa początkowo miała lekcje w pomieszczeniach w świetlicy cukrowni.
Pierwsi nauczyciele, pierwsze przyjaźnie
Z pierwszej klasy pani Krystyna najbardziej zapamiętała oczywiście wychowawczynię, czyli "naszą panią", którą była Maria Galiczyńska. Poznała też koleżanki i kolegów, powoli nawiązywała nowe przyjaźnie, które często trwały przez całą podstawówkę. Taką przyjaciółką była Lucynka, z którą siedziała w jednej ławce przez osiem lat.
Ale szkoła to przede wszystkim nauka. W pamięci pozostały różne ćwiczenia i podręczniki, z niezapomnianym "Elementarzem" J. Falskiego oraz małe pomieszczenie wyposażone w tablicę i ławki z kałamarzami z atramentem. - Pisaliśmy zwykłymi piórami [stalówkę należało maczać w atramencie przed napisaniem słowa - red.]. Gdzie tego atramentu nie było - kleksy w zeszytach i podręcznikach, granatowe plamy na fartuszkach szkolnych i palcach - śmieje się Krystyna Kubów.
Następne lata to nauka i zabawy w odnowionym budynku przy ul. Ząbkowickiej. Nauka religii odbywała się poza murami szkoły – w salkach przyklasztornych i parafialnych, w już nieistniejącym budynku straży pożarnej, a nawet w kościele (tzw. zbiorówki).
Nie tylko nauka
W szkole były gabinety medyczne. Działała też Spółdzielnia Uczniowska prowadząca sklepik, a niewielkie oszczędności uczniowie gromadzili w SKO, czyli Szkolnej Kasie Oszczędnościowej. Wielu uczniów należało do Ligi Ochrony Przyrody oraz uczęszczało na liczne koła zainteresowań.
- Pamiętam wspaniałą bibliotekę, w której spędzałam dużo czasu, i magiczne wtedy dla mnie zaplecze gabinetu fizyczno-chemicznego. Była to zabudowana weranda, przez której szklane drzwi widać było naczynia z kolorowymi odczynnikami i nieznany sprzęt do doświadczeń - opowiada pani Krystyna. - Do dzisiaj odczuwam tę ciepłą, prawie rodzinną atmosferę małej szkoły.
A co poza nauką? Były liczne wycieczki, wyjścia do kina, klasowe dyskoteki. - Bardzo często spotykaliśmy się w mniejszych grupach, popołudniami, zwiedzając na rowerach najbliższą okolicę, a w klasie ósmej – runda domówek z okazji ukończenia 15 lat - wspomina.
Droga do szkoły też bywała przygodą - wiodła przez park, dwa mosty, wały nadbrzeżne, wzdłuż łąki, wychodząc na ul. Ząbkowicką. Dużej frajdy połączonej z dreszczykiem emocji dostarczały przeprawy przez park po podtopieniach i zalaniu drogi, tym cenniejszej, że zabranianej przez dorosłych...
Cały artykuł zamieściliśmy w 22 (1307) wydaniu papierowym Słowa Regionu.


























































































Dodając komentarz przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów nie zamieszczaj obraźliwych wpisów. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, kliknij