ZNAJDŹ NA STRONIE

 

Pielgrzymka parafian z Nowolesia i Dankowic na Jasną Górę z księdzem Franciszkiem Wołczańskim. Nie znamy dokładnej daty wykonania zdjęcia. Jest to maksymalnie rok 1953. Jeśli ktoś posiada informacje, odnośnie daty, prosimy o kontakt

Za historią przesiedleń z Kresów stoją nie tylko daty i urzędowe dokumenty, ale przede wszystkim ludzkie losy, wspomnienia i pamięć przekazywana z pokolenia na pokolenie. Dzięki pasji mieszkańca Nowolesia Emila Czajki udaje się dziś odtwarzać niezwykłą historię księdza Franciszka Wołczańskiego, jego parafian oraz cudownego obrazu Matki Bożej Różańcowej, który po wojennej tułaczce trafił na ziemię strzelińską. W 80. rocznicę przybycia ostatniego transportu repatriantów z Buczał przypominamy ich drogę na Dolny Śląsk, pełną trudnych decyzji, niepewności i nadziei na nowe życie.

Emil Czajka z Nowolesia wiele czasu i energii poświęca na odtworzenie biografii księdza Franciszka Wołczańskiego, historii cudownego obrazu Matki Bożej Różańcowej i losów Kresowiaków. – Moje zainteresowanie biografią obu księży – ks. Franciszka Wołczańskiego i księdza Mariana Czecha, zaczęło się 6-7 lat temu, kiedy zapisałem się do Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich Oddział Komarno – Chłopy im. Macieja Rataja – opowiada pan Emil. 

Od roku pan Emil nie działa już w towarzystwie, jednak z grupą miejscowych Kresowiaków podejmuje działania w celu zachowania historii tamtych wydarzeń. – Niesamowicie pomaga mi rodzina pani Stefanii Jankowskiej, mieszkającej w Gębicach – podkreśla pan Emil, który dodaje, że pani Stefania oraz Maria Dubaniowska z Kazanowa to ostatnie dwie osoby, żyjące na terenie parafii, które przyjechały w te strony ostatnim transportem 26 czerwca 1946 roku.

Z pomocą rodziny pani Stefanii Jankowskiej nawiązałem kontakt z bliską osobą ks. Franciszka Wołczańskiego, która udostępniła mi pamiętnik napisany przez duchownego w 1996 roku w Brazylii. Ksiądz Franciszek miał wówczas 81 lat. Opowiadając miejscowym mieszkańcom, klerykom i sympatykom, co przeżył na Wschodzie i na Zachodzie, jego słuchacze zobowiązali go, żeby to upamiętnił i tak zrobił – opowiada pan Emil.

Wódka, pociąg i cudowny obraz

W piątek, 26 czerwca, mija 80. rocznica przybycia ostatniego transportu repatriantów z Buczał na ziemię strzelińską. Z tego powodu razem z panem Emilem postanowiliśmy oddać głos księdzu Franciszkowi, który spisał okoliczności tych wydarzeń.

„Coraz więcej parafian wyjeżdżało na Zachód. Pewnego razu kilku gospodarzy z Buczał przyszło do mnie i mówią: księże, jak tu jechać i wszystko zostawić? My się zdecydowaliśmy, około 50 rodzin z Buczał, zostać i przed całym światem świadczyć, że tu była, jest i będzie Polska. Zostaniemy na śmierć i życie, ale pod warunkiem, że ksiądz z nami zostanie, a […] ja na to: za waszą heroiczną decyzję mogę was tylko pochwalić. To świadczy o waszym patriotyzmie, ale w świecie dyplomatycznym używa się też słowa realpolitik, czyli że uczucie mówi tak, a rzeczywistość nakazuje inaczej, bo gdy zostaniemy, to po latach wasze dzieci i wnuki bez polskiej szkoły w morzu Rosji i Ukrainy zostaną zrusyfikowane. Większość parafian już na Zachodzie i oni tam też potrzebują kapłana, więc realpolitik, czyli rzeczywistość nakazuje według rozumu i roztropności wyjechać; chyba, że wiatry się zmienią, więc wrócimy…” – cytuje słowa zapisane w pamiętniku księdza Wołczańskiego pan Emil, który jednocześnie podkreśla, że poczucie tymczasowości na Ziemiach Zachodnich towarzyszyło repatriantom z Kresów jeszcze przez długie lata.

Ksiądz Wołczański wspomina, że przed wyjazdem Rosjanie zażądali spisu rzeczy, znajdujących się w kościele. Duchowny „czując pismo nosem” ukrył wiele dewocjonaliów. O cudownym obrazie Matki Bożej Różańcowej napiszemy w jednej z kolejnych publikacji. W tym miejscu warto jednak wspomnieć, że – jak relacjonuje pan Emil – według pani Jankowskiej, ksiądz Wołczański miał osobiście ściągnąć obraz ze ściany kościoła. Po spakowaniu tego, co się dało, w Boże Ciało w czerwcu 1946 roku księża Franciszek Wołczański oraz Marian Czech wyruszyli wraz z parafianami na Zachód.

„Trzeba było wódką przekupić władze kolejowe w Komarnie, żeby nas kierowali nie na Sambor i linię podkarpacką, bo tam po drodze rabowali, lecz na Lwów. Po przyjeździe do Lwowa ta sama robota. Zrobiliśmy zbiórkę i z Mateuszem Kasprzyszakiem idziemy do zawiadowcy stacji, prosząc go, by nas skierował na Medykę, i wręczamy mu prezent…” – przytacza słowa księdza Franciszka nasz rozmówca. „Prezentem” były dwa tysiące rubli. Zawiadowca zażyczył sobie podwojenia tej kwoty – nie było rady, zrobiono kolejną zbiórkę i w ten sposób przekupiono pracownika kolei, który półtorej godziny później machał odjeżdżającym do Lwowa.

Po drodze repatrianci byli pytani przez strażników, policjantów czy pracowników kolei np. o to, czy nie wiozą broni. Takie sytuacje łagodziła… wódka. „Na ten cel z gorzelni w Adrianowie otrzymaliśmy odpowiednią ilość, by po drodze smarować koła” – zapisał w swoim pamiętniku, z poczuciem humoru, ksiądz Wołczański. Za taką płynną łapówkę maszynista robił też przystanki w drodze, aby ludzie mogli wypasać bydło.

Pociąg towarowy dojechał wreszcie do Katowic. Ksiądz Wołczański udał się do Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, prosząc, aby transport skierowano albo do Chocianowa, albo do Strzelina „bo tam byli już Komarniacy”. Naczelnik uznał jednak, że w tych miejscowościach jest za mało miejsca i skierował ich do Kożuchowa. Los repatriantów jednak szybko się odmienił. „Przyjechał z Katowic naczelnik PUR i mówi: postawicie wódki, nie jedziecie do Kożuchowa, tylko do Strzelina. […] W Kożuchowie wszystko zniszczone i piasek, tam wasze bydło zginie i wy też. Otrzymałem zapewnienie ze Strzelina, że jest jeszcze dla was miejsce – wasze bydło potrzebuje ziemi urodzajnej” – czytamy we wspomnieniu księdza Franciszka.

Droga do domu

Repatrianci, jadąc przez Kamieniec Ząbkowicki, dotarli do Strzelina 26 czerwca 1946 roku. Jak wspomina ksiądz Franciszek, ludzie przez tydzień stali na stacji w Strzelinie, czekając na przydział domów. Bydło było puszczone samopas. Ksiądz Wołczański, który przywiózł ze sobą rower i fisharmonię, z pomocą tego środka transportu zaczął rozglądać się po parafii.

„Spotkałem księdza Przewoźnika z parafii Chłopy obok Komarna, który sobie upatrzył parafię w Nowolesiu i zastrzegł, żebym mu nie wchodził w paradę, a sam wyjechał z grupą parafian aż pod Szczecin. Dojechałem do Dankowic i z szosy widzę mały, pogarbiony kościółek. Do Nowolesia nie pojechałem” – czytamy we wspomnieniach księdza Franciszka, który po tej rowerowej podróży udał się pociągiem do Wrocławia do kurii...

Cały artykuł zamieściliśmy w 24 (1309) wydaniu papierowym Słowa Regionu.

UWAGA!
Gdy liczba negatywnych głosów na dany komentarz osiągnie 15, zostanie on automatycznie ukryty, niemniej pokazywać się będzie przy nim opcja "kliknij, aby wyświetlić". Kiedy jednak dany komentarz osiągnie 20 negatywnych głosów, zostanie automatycznie wycofany z publikacji na stronie i już nikt nie będzie mógł go zobaczyć (poza administratorem strony).
Dodając komentarz przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów nie zamieszczaj obraźliwych wpisów. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, kliknij choragiewka875chorągiewkę i zgłoś swoje uwagi administratorowi.
Ukryj formularz komentarza

2500 Pozostało znaków


Przeczytaj również