Dwa spotkania z Karolem Wojtyłą, muzyka, która stała się jego wielką pasją, posługa w Polsce i Brazylii oraz śmierć na stopniach kościoła, gdy rozpoczynał Mszę św. – życie ks. Franciszka Wołczańskiego było niezwykłe. Swoją kapłańską drogę na Dolnym Śląsku rozpoczął m.in. w Nowolesiu, gdzie po wojnie służył mieszkańcom okolicznych miejscowości i nierozerwalnie związał się z historią cudownego obrazu Matki Bożej Różańcowej.
W czerwcu, w 80. rocznicę przybycia ostatniego transportu repatriantów z Buczał na ziemię strzelińską, streściliśmy część zapisków księdza Franciszka Wołczańskiego, autora "Historii repatriantów z Komarna, Buczał i Chłopów". Książeczkę udostępnił nam pan Emil Czajka, mieszkaniec Nowolesia, który z wielką pasją zajmuje się odtwarzaniem niezwykłej historii księdza Franciszka Wołczańskiego, jego parafian oraz cudownego obrazu Matki Bożej Różańcowej.
Wówczas naszą opowieść skończyliśmy w momencie, w którym ksiądz Franciszek został skierowany do parafii w Dankowicach. Nim przytoczymy jego dalsze losy na ziemi strzelińskiej, warto wrócić do początków.
Początki
Ksiądz Wołczański urodził się 10 marca 1915 roku w Posadzie Dolnej w parafii Rymanów. Pochodził z religijnej rodziny rolniczej. – Było ich sześcioro rodzeństwa: trzech chłopców, z czego dwóch było księżmi, i trzy dziewczęta – dwie z nich zostały siostrami zakonnymi – relacjonuje pan Emil Czajka.
Po ukończeniu gimnazjum w Sanoku i Przemyślu, gdzie ksiądz Franciszek rozpoczął naukę gry na skrzypcach, w 1933 roku wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Przemyślu. Już wtedy jego życie mocno związane było z muzyką. Śpiewał w chórze seminaryjnym, grał w orkiestrze, a przez pewien czas pełnił nawet funkcję jej kierownika. Na ostatnim roku studiów został dyrygentem chóru.
Święcenia kapłańskie przyjął w 1938 roku. Po krótkim pobycie w Pohorcach trafił do Komarna, gdzie jako wikary prowadził chór parafialny, a w czasie okupacji niemieckiej i sowieckiej wykonywał również obowiązki organisty. Pan Emil wspomina pierwsze traumatyczne dla księdza Franciszka doświadczenie. – We wrześniu 1939 roku, podczas najazdu Niemców na Polskę, rodziny wojskowych z Wielkopolski, prawdopodobnie z Pleszewa – żony, dzieci i dziadkowie – uciekają przed bombardowaniami, jednak w Komarnie doganiają ich niemieckie samoloty, które ostrzeliwują pociąg, zabijając ponad 100 osób. Ksiądz Franciszek zostaje wezwany do udzielenia ostatniego namaszczenia; dla młodego księdza widok tylu zabitych był ogromnym i wstrząsającym przeżyciem – opowiada nasz rozmówca.
Jak wyglądały dalsze losy księdza? „Na początku 1944 r. młody kapłan musiał opuścić swoją dotychczasową placówkę i chronić się przed Ukraińską Powstańczą Armią (UPA). W grudniu 1944 roku powrócił do Komarna, skąd w 1946 roku wraz z proboszczem księdzem Marianem Czechem (zm. 1947) oraz parafianami został przesiedlony na Ziemie Zachodnie” – czytamy w artykule „Ukochał Boga i muzykę” autorstwa Andrzeja Prasała, który został opublikowany we wrześniu 2004 roku w miesięczniku „Nowe Życie”.
Fisharomonia i rower
W tym miejscu wracamy do początków księdza Franciszka na ziemi strzelińskiej. W ostatnim transporcie z repatriantami przyjechał także cudowny obraz Matki Bożej Różańcowej, który znajduje się w sanktuarium w Nowolesiu. O jego historii napiszemy w kolejnej części naszej opowieści. Dość wspomnieć, że ksiądz Wołczański miał w niej niemały udział. Z rzeczy osobistych na tzw. Ziemie Odzyskane kapłan przywiózł ze sobą wyłącznie fisharmonię i rower. W swoich wspomnieniach dokładnie opisał pierwsze dni na nowym terenie – relacjonował to, jak poznawał parafię i miejscowości wchodzące w jej skład. W tym czasie obsługiwał kościoły w Zarzycy, Dankowicach i Nowolesiu. W tygodniu wieczorami jeździł do kaplic w Witostowicach, Nieszkowicach, Lipowej, Dobrogoszczu, Strzegowie, Dębnikach, Gębczycach i Gębicach. „Aby podołać, kupiłem mały motocykl...” – czytamy w notatkach księdza Franciszka.
Ksiądz Wołczański w swoich wspomnieniach relacjonuje także… wypadek, który wydarzył się w Nowolesiu. „Naprzeciw domu gminnego, około 150 metrów od kościoła, nagle z boku wypada na szosę mała dziewczynka w wieku 4,5 lat. Skręciłem w lewo, aby ominąć, a ona na przełaj. Błyskawicznie, by nie zabić, skręcam w prawo, zawadziłem pedałem o szosę i motocykl robi młynka. Księdza Piotra wyrzuciło naprzód, a ja pod motorem. Dziecko uratowane” – czytamy w publikacji. W wyniku wypadku ksiądz Franciszek złamał nogę. – Tą dziewczynką była żyjąca do dziś dawna mieszkanka Nowolesia, pani Eugenia Dubaniowska, moja nauczycielka z podstawówki – dodaje pan Emil.
Spotkanie z arcybiskupem Wojtyłą
Jak podkreśla Andrzej Prasał, autor artykułu o księdzu Franciszku, pobyt w Dankowicach był również kolejnym etapem jego muzycznej drogi. Równolegle z pracą duszpasterską kształcił się w Państwowej Szkole Muzycznej we Wrocławiu, a następnie rozpoczął studia w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej. W 1953 roku ksiądz Franciszek przeniósł się do Wrocławia i rozpoczął posługę w parafii katedralnej. Rok później ukończył studia muzyczne. W 1955 roku został kierownikiem nowo utworzonego chóru mieszanego przy katedrze wrocławskiej. Zespół osiągnął wysoki poziom artystyczny, a jego występy były retransmitowane przez Sekcję Polską Radia Wolna Europa.
Jak relacjonuje pan Emil, pewnego razu po występie chóru do księdza Wołczańskiego podszedł mężczyzna, który przedstawił się jako Wieczorek, aptekarz z Chicago, i powiedział, że „Niemcy na Zachodzie szkalują Polaków, którzy przyjechali ze Wschodu, twierdząc, że nie mają żadnych tradycji artystycznych ani muzycznych, że to po prostu wieśniacy. Chciałbym nagrać to, co ksiądz tutaj wykonuje, i dostarczyć nagranie do Radia Wolna Europa”. Ksiądz w ostatniej chwili przekazał nagranie na lotnisku w Warszawie, a kilka dni później zostało ono wyemitowane. Warto dodać, że ksiądz Franciszek odwiedził później pana Wieczorka, podczas swojego pobytu w Stanach Zjednoczonych.
Od 1958 roku ks. Wołczański był profesorem muzyki i śpiewu w seminarium wrocławskim. Prowadził zajęcia z muzyki kościelnej i fonetyki, opiekował się chórem kleryckim i chórem sióstr zakonnych. Pracował również w komisjach zajmujących się liturgią, muzyką kościelną i sprawami organistowskimi. Osoby, które go znały, wspominały go jako człowieka spokojnego, łagodnego, pogodnego i łatwo nawiązującego kontakty. Jednocześnie był wymagającym, ale wyrozumiałym nauczycielem.
W 1964 roku, z okazji 400-lecia Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu, arcybiskup Bolesław Kominek zaprosił na uroczystość z przemówieniem ks. arcybiskupa Karola Wojtyłę z Krakowa. Chór seminaryjny przygotował klasyczny repertuar, a najważniejszym punktem programu było „Credo”.
Po kolacji, w refektarzu profesorskim, gdzie obecni byli obaj arcybiskupi, profesorowie oraz zaproszeni goście, Karol Wojtyła pogratulował ks. Wołczańskiemu pięknego wykonania pieśni przez chór, ale jednocześnie ostrzegł go, że tej nocy może mu grozić niebezpieczeństwo. Wyjaśnił żartobliwie, że ksiądz profesor dyrygował z taką werwą, iż może przyśnić mu się dyrygowanie, a wykonując we śnie te same gesty, może uderzyć ręką w ścianę i ją złamać – podobnie jak kiedyś złamał nogę, broniąc się we śnie przed atakującym psem i uderzając nią w ścianę.
Droga do Brazylii
W 1965 roku brat księdza – Józef zaproponował mu wyjazd do Brazylii, jednak początkowo ksiądz Franciszek nie chciał się zgodzić; ostatecznie, zachęcony przez misjonarza, który spędził tam 30 lat, postanowił wyjechać. Po drodze przeszedł operację wyrostka, żółtaczkę i zapalenie trzustki. Władze nie chciały wydać mu paszportu. Dokument udało się uzyskać dopiero z pomocą dawnego parafianina. W 1966 roku ks. Wołczański opuścił archidiecezję wrocławską. Po pobycie w Stanach Zjednoczonych w 1967 roku wyjechał do Brazylii, gdzie rozpoczął pracę misyjną...
Cały artykuł zamieściliśmy w 31 (1316) wydaniu papierowym Słowa Regionu.




































































Dodając komentarz przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów nie zamieszczaj obraźliwych wpisów. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, kliknij