Mogiłę strzelińskiego kombatanta Władysława Kobylańskiego uhonorowano insygnium „Grób Weterana Walk o Wolność i Niepodległość Polski”, nadanym przez Instytut Pamięci Narodowej. Przedstawiamy bogaty życiorys żołnierza, uciekiniera z obozu i powojennego mieszkańca Strzelina. – Tato był wycieńczony, nie mógł chodzić, leżał pod drutami obozu. Już umierał… – wspomina jego syn, Ryszard.
W piątek, 15 maja, na cmentarzu parafialnym przy ul. Oławskiej w Strzelinie odbyła się uroczystość oznaczenia mogiły strzelińskiego kombatanta Władysława Kobylańskiego insygnium "Grób Weterana Walk o Wolność i Niepodległość Polski", nadanym przez Instytut Pamięci Narodowej.
Jako pierwsza głos zabrała burmistrz Dorota Pawnuk. – „Umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią im się płaci…” – przywołała słowa polskiej poetki i noblistki Wisławy Szymborskiej. – Ta nekropolia to prawdziwa kronika powojennego Strzelina – kontynuowała burmistrz Dorota Pawnuk. – To tutaj leżą pierwsi strzelińscy kolejarze, urzędnicy, lekarze, nauczyciele i robotnicy. Ludzie, którzy swoją determinacją sprawili, że w zrujnowanym, poniemieckim mieście zaczęła pulsować polska mowa, polska kultura i polska tożsamość. Bez ich uporu i zgody na twarde warunki życia, nie byłoby dzisiejszego, nowoczesnego Strzelina. Byli pionierami, którzy z chaosu stworzyli dom dla nas i dla kolejnych pokoleń. W jednej z pobliskich alejek spoczywają też żołnierze i milicjanci, którzy stracili życie już po II wojnie światowej. 81 lat polskiego Strzelina to nie tylko powód do dumy, ale przede wszystkim zobowiązanie. Zobowiązanie do tego, by nie zmarnować wysiłku tamtego pokolenia. Oznaczając dziś grób weterana śp. Władysława Kobylańskiego insygnium nadanym przez IPN oddajemy symbolicznie hołd całej rzeszy Strzelinian, którzy na przestrzeni tych ośmiu dekad współtworzyli nasze miasto – podkreślała szefowa gminy.
Następnie burmistrz Dorota Pawnuk odczytała zawiadomienie IPN-u, potwierdzające oznaczenie mogiły Władysława Kobylańskiego, a historię swojego ojca przybliżył zgromadzonym jego syn – Ryszard, który był również głównym inicjatorem tego wydarzenia.
Na granicy życia i śmierci
Śp. Władysław Kobylański urodził się 27 czerwca 1915 roku w Hucie Pieniackiej. W 1938 roku został powołany do wojska. Walczył w kampanii wrześniowej w szeregach 52. Pułku Piechoty, który przed wojną stacjonował w Złoczowie. Pod koniec września jego jednostka została rozbita, a żołnierze wzięci do niewoli. – Załadowano ich w wagony towarowe, wciśnięto wszystkich i wieziono do Görlitz, obecnego Zgorzelca. Jechali trzy dni bez wody, bez niczego. Na dworcu wypadli z tych wagonów strasznie wyglądający. Niemcy wtedy zdjęcia robili, nabijali się, jak wygląda Wojsko Polskie… – relacjonował Ryszard Kobylański.
Ze Zgorzelca Władysław Kobylański został przeniesiony do obozu pracy w Złotoryi. – Pracował w kopalni bazaltu, a później został przydzielony do pracy u bauera na wsi. Widząc, że jest im lżej, zbierali nadwyżki żywności i szykowali się do ucieczki do Polski. Nazbierali suchego chleba i innej żywności i w maju 1940 roku w kilka osób uciekli. Przez miesiąc uciekali tylko nocami. Brakowało żywności, spali w lasach. Gdy znaleźli się w okolicy Częstochowy zauważyli dziecko, które pasło na polanie krowy i śpiewało po polsku. Ucieszli się bardzo. Poszli do pierwszego domu. Była niedziela, gospodyni szykowała pierogi, zaprosiła ich. Siedli i zaczęli jeść, a w tym czasie mąż tej kobiety zawiadomił SS i nim zdążyli zjeść, Niemcy ich okrążyli i z powrotem tato z towarzyszami trafili do obozu do Zgorzelca – opowiadał z żalem pan Ryszard.
Po nieudanej próbie ucieczki, za którą był mocno szykanowany trafiał do kolejnych, coraz cięższych obozów. – Tato był wycieńczony, nie mógł chodzić, leżał pod drutami obozu. Już umierał… – wspominał, łamiącym się głosem, Ryszard Kobylański. – Poznał go kolega z wojska, a był kucharzem, i co lepszy kąsek mięsa to mu podrzucał, tak jak psu się podrzuca, tato jadł i doszedł do siebie.
W obozach, w których przebywał, pan Władysław organizował sabotaże. Na początku 1944 r. dociera do niego wiadomość o masakrze w rodzinnej Hucie Pieniackiej, w której zamordowano większość jego rodziny. Zbrodni dokonali, według śledztwa IPN, ukraińscy policjanci jednego z batalionów 4 Pułku Policji SS pod niemieckim dowództwem, wraz z okolicznym oddziałem Ukraińskiej Powstańczej Armii i odziałem paramilitarnym składającym się z nacjonalistów ukraińskich. – W cudowny sposób uratowała się jego siostra. Tato wrócił do Polski, żeby jej pomóc – opowiadał pan Ryszard.
Jeden z pierwszych
Po zakończeniu wojny Władysław Kobylański trafił do Strzelina, gdzie podjął pracę w Powiatowym Urzędzie Repatriacyjnym. Założył rodzinę i zajmował się m.in. handlem, a także pracą w strzelińskim młynie. Był również taksówkarzem. Zmarł w 1975 w wieku zaledwie 60 lat.
Na zakończenie Ryszard Kobylański zwrócił się do wszystkich osób, które mają w rodzinie kombatantów. – Pani burmistrz zauważyła, że jest wielu zasłużonych kombatantów na tym cmentarzu. Zwracam się do rodzin, dzieci, wnuków: starajcie się o podobną tabliczkę dla swoich przodków. Oni na to zasługują. Mogą to zrobić tylko rodziny. Ja służę pomocą w każdej chwili, ażeby wystąpić z takim wnioskiem – mówił...
Cały artykuł zamieściliśmy w 19 (1304) wydaniu papierowym Słowa Regionu.















































































Dodając komentarz przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów nie zamieszczaj obraźliwych wpisów. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, kliknij