Pięć dni i pięć nocy bez jedzenia chronili się w piwnicy w Charkowie… Kobieta z małym dzieckiem dwa razy próbowała przedostać się przez polską granicę. Za pierwszym się nie udało – zabrakło im jedzenia. Inna kobieta zostawiła na Ukrainie męża i 17-letniego syna. Nie miała z nimi żadnego kontaktu… To historie ludzi, którzy znaleźli bezpieczny azyl w gminie Strzelin.

O pracy z uchodźcami wojennymi z Ukrainy opowiada Luca Krzysztofczyk, prezes stowarzyszania „Gramy o życie”. Jak wygląda pomoc? Co jest najbardziej potrzebne? W jakim stanie są osoby, które przekraczają polską granicę? I jak – w tej zupełnie nowej sytuacji – odnajdują się wolontariusze?

Jak wygląda pomoc uchodźcom wojennym z Ukrainy „od kuchni”? Co dzieje się już po tym, jak dostajecie telefon, że konkretne osoby jadą do gminy Strzelin?
- Kiedy dowiadujemy się, że rodzina ma trafić do naszej gminy, to w pierwszej kolejności kontaktujemy się z tymi ludźmi. Sprawdzamy, czy mają gdzie się zatrzymać. Jeżeli są to osoby, które przyjmowane są przez polskie rodziny w prywatnych domach, to kontaktujemy się z tymi rodzinami, aby poznać potrzeby ich gości i dokonać rejestracji. Osoby, które trafiają bezpośrednio do nas, są kierowane najczęściej do remizy w Brożcu albo w Nowolesiu. To tam po ciężkich, kilkudniowych postojach na granicy mogą się w końcu wykąpać, wyspać i porządnie zjeść. Kiedy opadają pierwsze emocje, to jedziemy na rozeznanie potrzeb. Wspólnie wypełniamy kwestionariusz pomocowy i zaczynamy zaspokajać ich potrzeby. Organizujemy niezbędną chemię, wyżywienie, umawiamy wizyty lekarskie. To takie pierwsze, kryzysowe działanie.
Tekst ukazał się w nr 11 (1099) wydaniu "Słowa Regionu". Cały wywiad przeczytasz na portalu egazety.pl, eprasa.pl, a także e-kiosk.pl
Dodając komentarz przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów, nie zamieszczaj nasyconym nienawiścią, obraźliwych komentarzy. Jeśli widzisz wpis, który jest hejtem, użyj opcji - zgłoś administratorowi.