Ciało 40-letniego mężczyzny leżało w korycie płytkiej rzeki. Mężczyzna wypadł przez barierkę lub przez dziurę uszkodzonej kładki, która od lat jest w fatalnym stanie. Sprawę prowadzi strzelińska prokuratura.
W dniu 6 października po godzinie piętnastej policja otrzymała zgłoszenie, że w Borowie, w korycie rzeki Ślęzy, leży ciało mężczyzny. Na miejsce przyjechały policja i pogotowie ratunkowe. Ratownicy podjęli próbę reanimacji mężczyzny, jednak nie udało się przywrócić jego funkcji życiowych.
– W toku czynności policjanci prowadzili działania dochodzeniowo-śledcze przy udziale Prokuratury Rejonowej w Strzelinie. Ustalono, że czterdziestolatek, mieszkaniec powiatu strzelińskiego, przechodził przez kładkę nad Ślęzą, łączącą miejscowość Bartoszowa z Borowem – mówi Aleksandra Bezrąk, oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji w Strzelinie.
Kilka godzin wcześniej 40-latka widzieli mieszkańcy Borowa. Mówią, że spożywał alkohol. Mężczyzna wracał do domu w Bartoszowej.
– Mieszkam na trakcie, którym Andrzej chodził do domu. Po drodze zatrzymał się i wypił ćwiartkę wódki. Później zniknął mi z oczu. Jego ciało znalazł wędkarz. To był dobry, spokojny facet – opowiada Julian Kowalczyk, emerytowany pracownik Zarządu Gospodarki Komunalnej w Borowie.
Nielegalna kładka w Borowie. Powstała nielegalnie i nie ma jej w żadnym rejestrze
Nie wiadomo, czy mężczyzna wypadł przez barierkę, czy wpadł do rzeki przez dziurę w kładce. Przebieg tragicznego zdarzenia będą ustalać śledczy. Wstępne czynności wykluczyły udział osób trzecich. Ciało trafiło do Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. O fatalnym stanie kładki pisaliśmy w „Słowie Regionu” dokładnie trzy lata temu. Gmina Borów nie miała pieniędzy na jej remont.
– Mostek jest w fatalnym stanie technicznym. Powstają dziury, zapadają się deski. Stwarza to niebezpieczeństwo wpadnięcia do wody i może doprowadzić do tragedii. Kładka jest łatana, ale to działanie tymczasowe – grzmiał wówczas Julian Kowalczyk.
Przejście przez mostek jest szczególnie niebezpieczne
Po śmierci mieszkańca zagrodzono wejście na kładkę. Ktoś zapalił znicz. W pobliżu znajduje się park. Ludzie tłumaczą, że dramat może się powtórzyć, bo po ścieżkach jeżdżą rowerami dzieci, które odwiedzają także kładkę.
Cały artykuł zamieściliśmy w 40 (1325) wydaniu papierowym Słowa Regionu.





















































































Dodając komentarz przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów nie zamieszczaj obraźliwych wpisów. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, kliknij