Wyszonowice mają nowego sołtysa. To Krzysztof Krajewski, który chce razem z mieszkańcami działać na rzecz miejscowości. Jakie są jej największe atuty? Czy jest coś, co wymaga poprawy?
Dlaczego zdecydował się Pan kandydować na sołtysa?
- Myślałem już o tym wcześniej. Pomagałem Dominikowi [Robakowi, poprzedniemu sołtysowi – red.], kosiłem trawę, tu coś innego zrobiłem, ale chciałem zaangażować się bardziej, żeby mieć większe możliwości działania. Mieszkańcy, widząc, że się angażuję, pytali, czy będę startował na sołtysa. Na początku trochę się wzbraniałem, ale później pomyślałem, że warto spróbować.
Od jak dawna jest Pan związany z Wyszonowicami? Czy jest Pan stałym mieszkańcem tej miejscowości?
- Urodziłem się w Strzelinie i jako małe dziecko mieszkałem w Wyszonowicach. Później z rodzicami wyprowadziliśmy się za Brzeg, a tutaj wciąż mieszkali moi dziadkowie. Kiedy dziadkowie poumierali i dostałem dom w spadku, stwierdziłem, że wolę wieś. Sprzedałem więc mieszkanie w Brzegu, przeprowadziłem się tutaj, zrobiłem remont i tak już zostało. Na stałe przeprowadziłem się ponad osiem lat temu. Większość ludzi pamiętała mnie jeszcze z dawnych czasów, chyba nawet lepiej niż ja ich. Teraz znam już dobrze – może nie wszystkich – ale większość mieszkańców.
Pamięta Pan Wyszonowice z dzieciństwa, a teraz poznaje je Pan na nowo jako mieszkaniec i sołtys. Jak dziś ocenia Pan tę miejscowość? Co uważa Pan za jej największe atuty?
- Mamy w okolicy sporo ładnych miejsc, gdzie można wyjść na spacer, odpocząć i spędzić trochę czasu na świeżym powietrzu. Bardzo fajnie została zagospodarowana Kaolina, o którą dba lokalne stowarzyszenie. Mamy też tereny objęte programem Natura 2000 [obszar chroniony ze względu na cenne gatunki roślin i zwierząt – red.].
Gmina czyni starania, żeby przejąć od Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa stawy znajdujące się w dolnej części miejscowości. Jak mieszkańcy podchodzą do tego pomysłu?
- Ci, którzy mieszkają tam na dole, są za. Nawet ostatnio rozmawialiśmy z mieszkańcami, którzy mieszkają obok stawów. Myślę, że pomysł przejęcia stawów jest słuszny i to wszystko idzie w dobrym kierunku. Od lat jest tam problem, że przychodzą ludzie, którzy kłusują, mimo że jest zakaz łowienia ryb. Mam nadzieję, że dzięki przejęciu stawów uda się ten problem rozwiązać.
Czy po przejęciu stawów ma to być również miejsce dostępne dla mieszkańców?
- Z tego co wiem, wejścia na same stawy ma nie być, żeby zwierzęta mogły spokojnie żyć. Jest jednak pomysł, żeby wykonać takie tarasy czy podesty, z których można byłoby obserwować zwierzęta. Na razie to tylko projekt, ale chodzi o to, żeby można było przyjść, wziąć lornetkę, usiąść i po cichu poobserwować przyrodę.
Mówiliśmy o zaletach Wyszonowic, a czy jest coś, co wymaga poprawy?
- Wiadomo, nic nie jest idealne, zawsze jest coś do zrobienia. Chciałbym przede wszystkim bardziej zjednoczyć mieszkańców, choć i tak jestem bardzo zadowolony, bo ludzie się angażują, chcą działać. Robiliśmy festyn 22 sierpnia i tuż przed nim były wichury, mocno wiało i połamało nam cztery drzewa przy świetlicy. Mieszkańcy przyszli bezinteresownie pomóc i wspólnymi siłami uporaliśmy się z tym w dwa dni. Mamy też Koło Gospodyń Wiejskich, które utworzyliśmy. Panie i panowie z KGW bardzo dużo pomagają, panie z rady sołeckiej także przychodzą i pomagają. Wspólnymi siłami próbujemy coś osiągnąć i mam nadzieję, że wcześniej czy później się uda. Bez tych ludzi nie mielibyśmy możliwości zrobić czegokolwiek.
Wspomniał Pan o Kole Gospodyń Wiejskich, które działa w Wyszonowicach od niedawna…
Już kiedyś było w Wyszonowicach Koło Gospodyń Wiejskich. Jeszcze przed wyborami rozmawiałem z paniami, pytałem, jakby one to widziały i czy chciałyby się w to zaangażować. Ustaliliśmy, że jeśli uda mi się zostać sołtysem, to one również postarają się to ruszyć. Panie i panowie, bo w kole są też mężczyźni, prężnie działają, mają już swoje logo i zaczęli pozyskiwać fundusze. Mamy dzięki temu dodatkowe środki i możemy robić więcej rzeczy dla mieszkańców. Bardzo mnie też motywują do działania, podobnie jak panie z rady sołeckiej. Byliśmy już na dożynkach, zrobiliśmy wieniec, przygotowaliśmy też nasze dożynki w kościele. Dużo się dzieje właśnie dzięki temu, że ludzie chcą się angażować i pomagać. Najważniejsze jest to, żeby ludzie chcieli ze sobą współpracować. Jeśli tak będzie, to ja już nie będę potrzebny...
Cały artykuł zamieściliśmy w 36 (1321) wydaniu papierowym Słowa Regionu.














































































Dodając komentarz przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów nie zamieszczaj obraźliwych wpisów. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, kliknij