Lidia Widelska, rodowita strzelinianka, od ponad 30 lat pracuje w tutejszej bibliotece miejskiej. Znają ją pokolenia czytelników, którzy najpierw przychodzili do placówki jako dzieci, a teraz – będąc już rodzicami – sami przyprowadzają tu swoje pociechy.

Mówi, że Strzelin to jej miejsce na Ziemi. Chętnie gdzieś wyjedzie, coś zobaczy, ale zawsze z dużą przyjemnością wraca do swojego miasta. - Dobrze się tutaj czuję – podkreśla z uśmiechem pani Lidia. A dlaczego została bibliotekarką? Odpowiedź jest prosta: od dziecka lubiła książki. W domu miała ich dużo. Z sentymentem mówi o „Baśniach Polskich”, które czytała, będąc małą dziewczynką. Pracę rozpoczynała w dziale dla dorosłych. Oczywiście, wtedy placówka mieściła się przy ulicy A. Mickiewicza. Dopiero później przeszła do działu dla dzieci i tak pozostało do dzisiaj. Pani Lidia chętnie wraca do wspomnień. A tych ma sporo. Zwraca uwagę na to, że kiedyś praca wyglądała inaczej. Nie było komputerów. Pierwsze takie urządzenie pojawiło się w strzelińskiej placówce w 2000 roku. Wcześniej trzeba było pisać na maszynie „Łucznik”, która do dzisiaj jako historyczny eksponat jest w bibliotece i cieszy się zainteresowaniem młodych czytelników. Bibliotekarz musiał także korzystać z kart do wypożyczeń czy kart katalogowych. Były one umieszczane w specjalnych szufladkach. Teraz wszystkie dane są w komputerach, a do wypożyczeń służą odpowiednie programy. Nasza rozmówczyni wspomina także działalność kulturalną, której nie brakowało. Opowiada o konkursach plastycznych oraz teatrzyku kukiełkowym, który działał w latach 80. XX wieku. - Uratowałam trochę kukiełek z tamtych czasów. Wymagają one renowacji, ale...
Cały artykuł ukazał się w wydaniu papierowym.
Dodając komentarz przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów, nie zamieszczaj nasyconym nienawiścią, obraźliwych komentarzy. Jeśli widzisz wpis, który jest hejtem, użyj opcji - zgłoś administratorowi.