Odwiedziliśmy dwie wsie w gminie Borów. Chcieliśmy porozmawiać z „Francuzami”, którzy przyjechali do Polski tuż po wojnie. Będzie mowa o jedzeniu „piór” i fałszywych złotówkach.

Przełom lat 20. i 30. XX wieku był dla wielu Polaków czasem emigracji, jak wtedy mówiono: za chlebem. Jednym z kierunków wyjazdów była Francja. Po II wojnie światowej wracali do Polski, ale nie zawsze w rodzinne strony. Osiedlali się na Ziemiach Odzyskanych, a takimi był Dolny Śląsk i powiat strzeliński. - Gdzie chcecie jechać, usłyszeliśmy na granicy polsko-czeskiej w Międzylesiu – powiedział Jan (Jean-Bernard) Pietrycha z Opatowic. - Miałem wtedy 14 lat i nie bardzo interesowało mnie, gdzie pojedziemy. Bardziej interesowali mnie moi rówieśnicy, gdzieś pójść, porozmawiać. Jak wysiedliśmy, to okazało się, że jesteśmy w Strzelinie. I tego dnia nie zapomnę do końca życia – z uśmiechem dodał nasz rozmówca. Po chwili dowiedzieliśmy się dlaczego. - Na stacji w Strzelinie wypakowaliśmy nasze klamoty, wśród których była również szafa. W szafie wieźliśmy zupę z makaronem, którą ugotował mój ojciec. Niestety, przy rozładunku garnek z zupą wylądował na ziemi i tyle z niej było. Rodzice poszli oglądać Strzelin, a ja zostałem, żeby porozmawiać z tutejszymi chłopakami. Skończyło się to tak, że jeden z nich strącił mi z głowy beret, za co dostał w pysk – bez ogródek wspominał pan Jan.Dokument potwierdzający francuskie obywatelstwo Jana Pietrycha
Droga z Francji do Polski też nie była usłana różami. - Kiedy przejeżdżaliśmy przez Czechy, to na każdym postoju trzeba było dobrze się pilnować. Kilkukrotnie próbowano nas okraść, ale szczęśliwie dojechaliśmy do granicy w Międzylesiu. Na polskiej ziemi nie było lepiej. Złodziei czyhających na nasz dobytek nie pamiętam, ale byli oszuści. „Po co wam franki w Polsce” - usłyszeliśmy. „Sprzedajcie je nam a dostaniecie polskie złotówki” - przekonywali. Kto miał gotówkę, to sprzedawał. Dopiero później okazywało się, że rzekomo polskie złotówki były fałszywe, nic za nie nie można było kupić – powiedział pan Jan.Pan Jan Pietrycha z żoną Marią i córką Małgorzatą, na podwórku w Opatowicach
Rodzina pana Jana nie zdecydowała się pozostać w Strzelinie. Furmanką pojechali do Opatowic. - Teściowa wspominała, że po przyjeździe do Opatowic (furmanką przyjechała rodzina Pietrychów i jeszcze jedno małżeństwo – red.) kobiety usiadły przed domem i płakały – dodała pani Maria, żona pana Jana.
Tekst ukazał się w 21 (1010) wydaniu "Słowa Regionu". Cały artykuł przeczytasz tu lub tutaj.
Dodaj komentarz. Przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów, nie zamieszczaj nasyconym nienawiścią, obraźliwych komentarzy. Jeśli widzisz wpis, który jest hejtem, użyj opcji - zgłoś administratorowi.