Maciek Wester pochodzi z Ludowa Polskiego. Uczęszczał do strzelińskich szkół – „czwórki”, gimnazjum nr 1 i do ogólniaka. To tutaj zaczęła się jego przygoda z gitarą. Dziś gra w zespole TSA Michalski Niekrasz Kapłon Wester Lekki, gdzie z powodzeniem kontynuuje brzmienie jednej z najważniejszych polskich formacji rockowych. Równolegle rozwija własny projekt – The Bad Tales, z którym pracuje nad nowym materiałem. Niedawno zespół wystąpił w polsatowskim talent show.
Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z gitarą?
– W gimnazjum. Miałem może 15 lat. Rodzice już wcześniej zachęcali mnie do gry na klawiszach czy gitarze, ale wtedy inne rzeczy bardziej mnie interesowały. Gitara przeleżała parę lat w domu, ale w gimnazjum do niej wróciłem.
W jakich okolicznościach to się wydarzyło?
– Zacząłem słuchać bardziej świadomie muzyki, ale też miałem kolegów w klasie, którzy grali na gitarach, i mnie do tego zachęcili. Pamiętam dzień, kiedy pomyślałem, że może to jest to, co powinienem robić w życiu, że będę gwiazdą rocka (śmiech). Nakręciłem się i poszedłem na lekcje do Jacka Kramarza. Intensywnie ćwiczyłem i po dwóch, trzech miesiącach pan Jacek powiedział mi, że nie muszę przychodzić, bo już umiem grać. W tym samym czasie zacząłem grać z kolegami w zespole.
W ogólniaku wraz z kolegami założyłeś zespół Bonhart...
– Zaczęliśmy grać koncerty trochę dalej, jeździć na przeglądy, robiliśmy pierwsze nagrania. To wszystko przerwała tragiczna śmierć naszego kolegi, Piotrka Bachora, który zginął w wypadku samochodowym w 2018 roku. Był świetnym artystą i muzykiem. To był mój przyjaciel, najlepszy kumpel, mieliśmy wspólne marzenia o graniu. To, co się wydarzyło odcisnęło się mocno na moim życiu.
Jak dalej wyglądała Twoja muzyczna droga?
– Któregoś razu na koncert zespołu Bonhart przyszedł Zenon Wawrzynów, który był kiedyś managerem TSA. Został później moim mentorem, przyjacielem. Dał mi wtedy kontakt do siebie i powiedział, że będę grał z Niekraszem z TSA. Podszedłem do tego z dystansem, bo słyszałem już takich gości, co obiecują cuda na kiju (śmiech), ale po jakimś czasie rzeczywiście się spotkaliśmy. Kazali mi nauczyć się kilku blues-rockowych numerów na próbę i tak trafiłem do zespołu Bluespower, gdzie zastąpiłem Alka Mrożka, znanego wrocławskiego gitarzystę, co już było dla mnie wielką nobilitacją. Pomyślałem wtedy, że zaczynam grać z ludźmi, którzy są zawodowcami i znaczą wiele w tym muzycznym świecie. W naszym trio graliśmy na festiwalach bluesowych, poznałem scenę wrocławską, różnych muzyków.
W 2019 roku w TSA doszło do rozłamu. Niedługo później pojawiłeś się w składzie TSA Michalski Niekrasz Kapłon...
– Znowu zadzwonił Zenon i kazał mi uczyć się materiału TSA. Później Janusz Niekrasz odezwał się, że odpalają zespół w nowym składzie i spytał, czy chciałbym z nimi grać. Zgodziłem się bez zastanowienia. Dla mnie to było ogromne wyróżnienie, ale i wyzwanie – TSA to zespół kultowy. W czasach szkolnych często słyszałem, żebym skończył studia i znalazł sobie „normalną, poważną pracę”, a ja od zawsze marzyłem o graniu na gitarze. Miałem szczęście, że trafiłem na odpowiednich ludzi. Instrumentalistów takich jak ja jest naprawdę wielu i nie każdemu się udaje. Nie mogę powiedzieć, że to, że jestem w miejscu, w którym jestem, zawdzięczam tylko sobie. Po prostu wszystko pięknie się złożyło.
Jak wspominasz pierwsze koncerty z TSA i jak odnalazłeś się w legendarnym zespole?
– Już siedem lat gramy razem i zaliczyliśmy około 300 koncertów – zarówno w Polsce, jak i za granicą. Podczas pierwszych występów czułem stres, bo nie wiedziałem, jak fani przyjmą nowego gitarzystę, czy nie pojawią się głosy, że coś robię źle, bo nie jestem Andrzejem Nowakiem. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Bardzo szybko odnalazłem się w zespole. Mimo różnicy wieku, dogadujemy się z chłopakami rewelacyjnie. Zgraliśmy się jako zespół, zaprzyjaźniliśmy i od tamtej pory wszystko fajnie funkcjonuje.
Jak wygląda życie rockandrollowca, Twoja codzienność?
– Przede wszystkim kocham to, co robię. Życie na walizkach i ciągłe jeżdżenie z koncertu na koncert ma swoje plusy i minusy. Ludzie często widzą tylko wierzchołek góry lodowej – koncerty, scenę, rockandrollowy klimat. Nie widzą tego, co jest pod spodem, a to naprawdę absorbująca praca. Na koncerty jeździmy często bardzo daleko, pakujemy sprzęt do busa, mamy próbę, gramy. Na szczęście od jakiegoś czasu zajmuję się tylko muzyką – dokładnie tak, jak zawsze marzyłem. Przed każdym występem jadę na salę, żeby jeszcze raz przećwiczyć materiał, nawet jeśli grałem go już tysiąc razy. Wszystko musi być sprawdzone. Do tego ciągle pracujemy nad nowym materiałem – komponuję, układam solówki, ćwiczę nowe kawałki. A jak tylko mogę, staram się znaleźć czas na indywidualne granie. Naprawdę nie wyobrażam sobie życia bez gitary.
Jakie emocje towarzyszą Ci, gdy stajesz na scenie i widzisz przed sobą fanów, tłum ludzi, którzy skandują nazwę zespołu i śpiewają z Wami piosenki?
– To ogromna frajda. Za każdym razem czuję taką samą radość jak podczas pierwszego występu w życiu. Mnie to bardzo cieszy, że ludzie przychodzą na nasze koncerty. Każdy z nich ma swoje problemy, zmartwienia, a podczas tych kilkudziesięciu minut na koncercie mogą o tym zapomnieć. Uwielbiam to, co robię, ale nie robię tego, żeby ktoś mnie podziwiał, robię to dla tych ludzi. Cieszy mnie, że mogę dać im radość. Oczywiście jest zawsze mały stres – nie trema, tylko taki niepokój czy wszystko zagra, czy nie będzie problemów technicznych. Emocje są zdecydowanie pozytywne i ja też zawsze staram się dać z siebie 100% – grać tak, jakby to miał być mój ostatni występ.
Współtworzysz także zespół The Bad Tales. Powiedz coś więcej o tym projekcie.
– Zawsze marzyłem, żeby zrobić coś swojego od podstaw, żeby nie być znanym tylko jako „ten gość, który zastąpił Andrzeja Nowaka w TSA”. Miałem też sporo swoich kompozycji, które stylistycznie nie pasowały do TSA. Parę lat temu zadzwonił do mnie Max Kwapień z propozycją, abym grał w jego zespole Kac. Wtedy odmówiłem, bo grałem już w The Walkers i w TSA, więc czasowo bym tego nie ogarnął. Koniec końców złożyło się tak, że jednak udało nam się spotkać muzycznie. Razem z Maxem, który jest wokalistą, perkusistą Rafałem Inglotem, basistą Pawłem „Muzzy” Mikoszem i gitarzystą Erykiem Habą stworzyliśmy The Bad Tales. Jakiś czas temu wpadliśmy na pomysł, żeby zgłosić się do programu Must Be The Music.
Co sądzisz o programach tego typu? Czy udział w Must Be The Music traktujesz jako szansę na wybicie się Waszego zespołu?
– Do takich programów podchodziłem zawsze dość sceptycznie. Wydawało mi się, że jest to bardziej napędzanie rozrywki niż forma promocji zespołu. Z drugiej strony to dzięki temu programowi wybiły się takie zespoły jak Enej czy Lemon. Jesteśmy dziś nie bardzo znanym zespołem, grającym muzykę niekomercyjną. Zdajemy sobie sprawę, że będzie nam naprawdę ciężko się przebić, dlatego stwierdziliśmy, że warto spróbować z programem.
Zebraliście bardzo pozytywne recenzje jury. Jak wspominasz casting i pierwszy występ?
– Podszedłem do tego na luzie. Im mniejsze oczekiwania, tym przyjemniej można się zaskoczyć. W precastingach startują dziesiątki tysięcy ludzi. My mieliśmy szczęście, że dość szybko wpuścili nas na przesłuchanie i nie musieliśmy czekać godzinami. Najpierw wystąpiliśmy przed ludźmi z produkcji, którzy powiedzieli, że byliśmy najlepsi tego dnia. Na nagraniach z jednej strony czułem się trochę dziwnie, bo siedziało jury, które miało nas oceniać, ale z drugiej strony zaczęły mi się udzielać takie koncertowe emocje. Słyszałem reakcję publiczności i po prostu zacząłem bawić się muzyką. To jest super uczucie. Szczególnie, kiedy patrzysz na kolegów z zespołu i widzisz, jak oni też się cieszą. Wtedy naprawdę czuję tę więź, która jest między nami. Czekamy teraz na informację, czy dostaliśmy się do półfinałów. Nie wiem, na ile zostanie docenione to, co robimy i nasz styl muzyczny. Gramy muzykę niekomercyjną, więc pozostaje pytanie, czy właśnie tego szukają w telewizji.
Jeden z jurorów, Mioush, wspomniał, że chciałby Was usłyszeć w repertuarze polskojęzycznym...
– Jeśli dostaniemy się do kolejnego etapu, to planujemy wykonać utwór w języku polskim. Ja zawsze słuchałem anglojęzycznego rocka, kapel zza Oceanu i też chciałem grać po angielsku, ale na przykładzie TSA widzę teraz, że do ludzi bardziej trafia muzyka po polsku.
A jakie zespoły ukształtowały Cię muzycznie?
– Zawsze lubiłem muzykę zespołu Black Sabbath i Ozzy’ego Osbourne’a, AC/DC, Guns N' Roses, Aerosmith, Van Halen. Lubię też muzykę bluesową...
Cały artykuł zamieściliśmy w 15 (1300) wydaniu papierowym Słowa Regionu.














































































Dodając komentarz przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów nie zamieszczaj obraźliwych wpisów. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, kliknij