Czy straszne doświadczenia mają wpływ na to, jak potem żyjemy? Czy nasze dziecięce marzenia mogą się spełnić w kolejnych pokoleniach? Co trzeba zrobić, żeby pomimo trudnych doświadczeń, zachować pogodę ducha?
Ci z Państwa, którzy czytali w ostatnim numerze Słowa pierwszą część artykułu o pani Genowefie Włosek z Borka Strzelińskiego już wiedzą, że jako 3-letnia dziewczynka została wraz z rodziną wywieziona na Sybir. Tym, którzy nie zdążyli przeczytać opowiem, że po długiej i morderczej podróży – najpierw w bydlęcych wagonach, a potem na saniach – została przewieziona w głąb tajgi. Jej rodzina trafiła do baraku z drewnianych bali, który ogrzewany był tylko ogniskiem na środku. Głód, choroby, zimno i ciężka praca sprawiały, że ludzie umierali tam każdego dnia.
Miałam tremę przed opowiedzeniem historii pani Gieni, bo wiem, jakie emocje to w niej budzi i jak ważna jest to część naszej pamięci jako społeczeństwa. Dziś wiem, że było to potrzebne. Po przeczytaniu pierwszej części wywiadu zadzwoniła do mnie pani Gienia i prosiła, żeby podziękować za wszystkie życzenia zdrowia, jakie pojawiły się na naszym profilu na Facebooku po opublikowaniu zapowiedzi materiału (wnuczka Asia jej je czytała) oraz wszystkie te, które otrzymała bezpośrednio i telefonicznie. Mówiła wzruszona: „Podziękuj wszystkim z całego serca za te dobre życzenia, niech im Pan Bóg błogosławi...” Jeśli chcecie poznać dalsze losy tej dzielnej, mądrej i wrażliwej na drugiego człowieka kobiety zapraszam do czytania.
...I co było dalej?
- Nie pamiętam w którym roku – albo 1943 albo 1944 – rodzice zrobi wózek i w nocy wyruszyliśmy do wioski Pogoriełowo.
Mogliście się przemieszczać?
- Potem już tak nie pilnowali, to tak. Tam były domki oblepione ziemią i mogliśmy jakoś żyć. Tato otrzymał pracę w tartaku i mama też.
A mieszkańcy tej wioski? Znaliście ich?
- Dzieci tak. Ja do dziś mówię po rosyjsku. Dokładnie pamiętam i widzę jak dziś: bawiłam się z ruską dziewczynką i ona zaprowadziła mnie na wielką polanę, a w dali był duży las. Zobaczyłam tam dużą liczbę mężczyzn. Byli tylko w długich kalesonach ze sznurkami na dole i w białych podkoszulkach krótkich. Jeden z tych panów prosił mnie, żebym przyniosła cebulę. Jak zobaczył to ktoś, kto ich pilnował, to natychmiast krzyknął po rusku: „ubiegaj szybko, bo budu strzelał”.
W samych podkoszulkach byli ci panowie? Nie zamarzli?
- Nie, bo to lato było. Tam lata były i były upały, ale nie długo trwały. Nie dało się chodzić bez ubrania, ponieważ była szarańcza – tak mówiliśmy na takie muszki małe. Było ich tak dużo, że nie można było się odpędzić. Chodziliśmy w kapeluszach z maską, ale musiała być posmarowana dziegciem, bo tylko ten smród je odstraszał.
Jak te maski wyglądały?
- Takie jak teraz na pszczoły mają. W nocy nie można było usnąć, gdyż pluskwy gryzły. Było ich tak dużo, że maszerowały po łóżkach i po ścianach. Do tego było jeszcze dużo grubych wszy, które bardzo gryzły.
A jak się myliście?
- Nie było mydła, ani żadnych proszków. Wiem, że mama prała w wodzie, która była zmieszana z popiołem. Ona była śliska i brud dawał się wyprać. Pamiętam, jak latem trzy takie większe panienki bardzo krzyczały i goniły po drodze, bo gryzły je wszy i nie mogły sobie z tym poradzić. Nie wiem, co się z nimi potem stało – nie wróciły do domu.
A jezioro jakieś było?
- Nie. Tam w ogóle nic, a tu mieszkaliśmy niedaleko Jeniseja (rzeka – red.) to już lepiej było. Jak była wiosna, to tam takie lody szły jak trzy piętrowe budynki.
I całe rodzeństwo Pani to przetrzymało?
- W 1943 r. tam się jeszcze urodził mój brat Zbyszek.
Ale to musiało być trudne. Tam nie było żadnych szpitali?
- Myśmy tam już gdzieś byli, że był szpital. Pamiętam, że ja z Bronią, żeśmy mamę prowadziły. W nocy mama zachorowała, taty nie było i my ją tam odprowadziliśmy.
A jak tam w środku wyglądało?
- Nie wiem, bo tylko bramę otworzyli i mama weszła. Potem już z bratem wróciła.
Mama musiała do pracy wrócić jak urodziła?
- Nie. Dostawała pół litra mleka na dzień na dziecko. Rosjanie namawiali tatę, żeby podpisał obywatelstwo rosyjskie wówczas otrzymam więcej chleba i mleka dla dzieci. Tato nie wyraził zgody, a oni mówili: „o, to dureń i tak nie wrócicie do Polski, nie będziecie jej widzieć”. Były bardzo ciężkie czasy, ale ludzie bardzo się szanowali nie było żadnych kłótni ani sporów.
A jednak wróciliście?
- Tak. Jak się wojna skończyła, to zabierali. Kto chciał jechać do Polski, to jechał.
Zachowało się coś u Was z tamtego czasu? Pamiątki jakieś?
- Nic. Z niczym przyjechaliśmy i z niczym wyjeżdżaliśmy.
Jak wracaliście? Też pociągiem?
- Najpierw zawieźli nas statkiem. Kiedyś wiedziałam, jak się nazywał. Potem nas tak wozili długo, na Ural i gdzieś tam, ale ja już nie pamiętam gdzie. A potem pociągiem do Poznania. Takim samym jak te, co nas przywoziły. I tam dzielili.
Gdzie trafiliście?
- Do Wiązowa
A tam jeździł pociąg?
- Pewnie. To potem rozbroili dopiero.
Tam od Was już ktoś mieszkał?
- Nie. Dawali po prostu domy po Niemcach. Tato dostał gospodarstwo. Tam poszłam do szkoły, od razu do trzeciej klasy. Skończyłam szkołę i bardzo chciałam iść do szkoły muzycznej. Pojechałam do Wrocławia, żeby się zapisać. Początek roku szkolnego przyszedł, apel i trzeba było mieć białą bluzkę. Rodziców nie było stać, żeby mi kupić. Nie pozwolili mi tam do tej szkoły wejść. Potem się do Kłodzka zapisałam.
Co to za szkoła była?
- Nauczycielska. Tam chodziłam, ale nie mogłam skończyć, bo na serce zachorowałam. Jak już przyszłam do domu, a że były ciężkie czasy, to poszłam do pracy. Pracowałam w PZGS-ie w Strzelinie.
Gdzie?
- W Powiatowym Związku Gminnych Spółdzielni.
I co Pani tam robiła?
- Najpierw byłam sekretarką, na maszynie pisałam.
Pamiętam, jak mi kiedyś Pani pokazywała jak szybko pisze. Gdzie się Pani tego nauczyła?
- Na kurs mnie najpierw wysłali. W Poznaniu egzaminy zdawałam. Dostałam świadectwo. Tam mojego męża poznałam. Tadziu przyjeżdżał po towary, bo on w Borku w GS-ie pracował. Tak my się poznaliśmy i za mąż wyszłam. Tu zdjęcie z naszego 50-lecia.
Gdzie mieszkaliście?
- Tu do tego domu do Borka przyszłam. Do teściów i tu się dzieci porodziły.
Jak z teściową się mieszkało?
- 35 lat z teściową mieszkałam. Ela dobra była. Dużo się przy niej nauczyłam.
Po ślubie Pani dalej pracowała?
- Tak. Na różnych stanowiskach. Najpierw w GS-ie w Borku – tam, gdzie gospoda była, to na górze biura były. Detal, handel, skup. Najpierw byłam sekretarką. Potem już w Borowie byłam finansową, przyjmowałam do pracy, chodziłam na posiedzenia.
Pamiętam, że była Pani też kuratorem sądowym. Jak to się stało?
- Z powodu tego, że byłam dobrym pracownikiem, wójt skierował mnie do sądu na ławnika. Byłam dobrym ławnikiem, to pani sędzina zapytała mnie, czy nie chcę być kuratorem. Powiedziałam, że tak. I byłam kuratorem. Pokażę Ci dokumenty i zdjęcie z sądu.
Jak Pani dawała radę to wszystko pogodzić? Dom, dzieci, praca?
My jeszcze gospodarstwo mieliśmy. Wstawałam rano, wszystko, co tam trzeba, robiłam, dawałam dzieciom śniadanie, potem się myłam i szłam do pracy. W pracy nikt by nie pomyślał, że ja w gospodarstwie robiłam. Potem przychodziłam z córkami, trzy córki mamy, lekcje robiłam i to, co w domu trzeba było.
Cały artykuł zamieściliśmy w 39 (1227) wydaniu papierowym Słowa Regionu.












































































Dodając komentarz przestrzegaj norm dyskusji i niezależnie od wyrażanych poglądów nie zamieszczaj obraźliwych wpisów. Jeśli widzisz komentarz, który jest hejtem, kliknij