Nie wiem - czy mi się dostanie dzisiaj od nauczycieli, dyrektorów szkół, no i po kolei - od samorządów oraz od kuratoriów. Wyjątkowo ominę ministerstwo edukacji, bo stamtąd, czyli z bardzo wysoka, widzi się efekt, a nie cały proces zdalnej edukacji. I choć ten felieton potraktuje temat globalnie, a „wszelkie podobieństwo osób i miejsc jest przypadkowe”, to zapewne niejedne nożyce się odezwą, choć pewnie - po cichu.
Zainteresowanym powiem tylko tyle - guzik mnie obchodzą fochy i obrażanie się przedstawicieli szkolnictwa, nie pocieszą mnie wyniki końcowe, oceny uczniów ani sprawozdania i raporty składane władzom zwierzchnim. Przecież nie przestał obowiązywać porządek „Pan każe - sługa” musi. Jest rozkaz - trzeba go wypełnić. Zgoda, ale bez przeginania, a do takiego niewątpliwie doszło od początku zdalnego nauczania. Weźmy pod uwagę fakt, że dzieci i młodzież przystąpiły do nauki znacznie później, niż zamknięto szkoły, co oznacza, że wszyscy (uczniowie i nauczyciele) mieli tyły „materiałowe”. Ale cóż - plan planem - trzeba go wykonać. Bez nauczycieli „na żywca”, za to z rodzicami i internetem.
O ile internet jest kopalnią wiedzy, pod warunkiem, że to co się tam znajdzie - jest umiejętnie wykorzystane, o tyle większy problem jest z rodzicami, którzy wcale nie muszą (i nie są) być świetni w każdym temacie (czyli z każdego przedmiotu), poza tym pracują, sprzątają, gotują i mają inne obowiązki, a jest już fatalnie, gdy w domu jest kilkoro uczących się dzieci.
Powinienem na początku napisać, że pandemia dotknęła wszystkich jednakowo. Ktoś, kto myśli, że wszelkie doły psychiczne, załamania i histerie, to stany, na które zapadają tylko dorośli - jest w grubym błędzie. Dzieci i młodzież przeżyły go równie mocno, jeśli nie głębiej. Większość dnia spędzanego w szkole zaowocowała przez lata przyjaźniami, silnymi więzami, młodzież często w szkole znajdowała powierników i pomoc, nawet zrozumienie, bo w dobie gonitwy za kasą i awansami, tego we własnym domu często nie było. Ani komórka, ani portale społecznościowe nie zastąpią bezpośredniego kontaktu, wspólnych spacerów, bezpośrednich rozmów. Więc nic dziwnego, że przeżywały izolację bardzo. Wiem to od nich samych.
I w takim klimacie przystąpiono do zdalnego nauczania. W każdej placówce opracowano zapewne różne strategie, ale jedno jest pewne - ilość materiału i pracy domowej, zadawana młodzieży - była przeważnie zastraszająca. Np. 45 minut zdalnej matematyki z nauczycielem, to dwa rozwiązane i wyjaśnione zadania, po czym praca w domu - 16 zadań. Dla średnio zdolnego rodzica - 4 godziny. A inne przedmioty? A pozostałe dzieci? Przecież nauczyciele postawią oceny, trzeba wykonać. Najśmieszniejsze, jakie widziałem (filmiki) - to zadania z w-f. Kiedy to wszystko zrobić, jak zdążyć? W normalnych czasach - przy uczniu był nauczyciel, który wyjaśnił wątpliwości, pokazał błędy, poprawił, pochwalił. W czasach pandemii - nie ma o tym mowy. Dodatkowo trzeba się było dużo odzywać w czasie zdalnej lekcji - za aktywność też są punkty i oceny. Jak temu sprostać? Czasem, a nawet dość często, bardzo pomagała metoda „kopiuj, wklej”, uczniowie odwalili (wiem, bo pytałem) robotę na skróty, bo zwykle nie ma innego wyjścia, by ze wszystkim zdążyć. Efekt jest taki, że szkoły plan wykonały, ba - nie tylko nadrobiły materiał, ale mają już zapas. Szkoły tak, dyrekcja ma spokojną głowę i w papierach wszystko się zgadza. Brawo, panie i panowie dyrektorzy! Tylko z całą pewnością nic się nie zgadza, może prawie nic z wiedzą, która została dzieciakom w głowach. Nauczyciel ma nauczyć, a nie tylko zadawać i oceniać. Skrzywdziłbym jednak pedagogów, gdybym im tylko przypisywał winę. Dostali zadanie do wykonania i z tego będą rozliczani przez dyrektorów, a dyrektorzy - przez swoich kuratorów. Pomijając fakt, że 50% materiału, jaki „przysługuje” uczniom w ciągu roku - to wiedza niepotrzebna, rozbudowana, taka, która nie pozwala się skupić na najważniejszych przedmiotach, „indywidualna” nadgorliwość pedagogów (rodziców nie interesują rozkazy i zalecenie odgórne) - z pewnością nie przysporzyła im większej liczby sympatyków, śmiem twierdzić, że znacznie spadła. I wśród uczniów i wśród rodziców. Pytałem niedawno grupkę uczniów z ósmej klasy, jak zdalna nauka wpłynęła na ich wiedzę. Jeden z nich tak odpowiedział: „ Jestem przemęczony, jak nigdy, ale chyba głupszy, niż przed pandemią, rodzice mieli się skrzyknąć razem i prosić dyrekcję, by nie zadawano takiej ilości materiału, ale się bali, to małe środowisko i wie pan, to może się odbić na nas, a po co?” Smutne. Nawet sobie nie chcę wyobrazić, jak będzie po wakacjach wyglądać powtórka z przerobionego materiału, taka już „na żywca”. Póki co - obowiązek wykonany, koniec roku szkolnego tuż tuż, będą świadectwa i całe rzesze przemęczonych rodzin i uczniów, których z konieczności połączył wspólny mianownik: KOPIUJ-WKLEJ.

Komentarze   

Wieśniak Permalink2 +3 Wieśniak
RE: „Jestem przemęczony jak nigdy, ale głupszy niż byłem - czyli kopiuj, wklej”
Co za bzdurny, roszczeniowy, przygnębiający i kłamliwy artykuł. Straszny, krzywdzący szkołę i nauczycieli, nie wiem kto za tym stoi.
2020-07-02 07:28 Cytować Zgłoś administratorowi
qwerty Permalink1 +7 qwerty
RE: „Jestem przemęczony jak nigdy, ale głupszy niż byłem - czyli kopiuj, wklej”
Nie jestem nauczycielem, rodzicem ani uczniem, więc nie mam interesu w bronieniu kogokolwiek i żadne ze mnie nożyce, za to jak najbardziej przysłowiowy noż się może otworzyć w kieszeni kiedy się czyta takie wynurzenia. Dzieci nie znajdują w dzisiejszych czasach zrozumienia? Tak, za to znajdowały w czasie wojny, albo w dobie PGRów i pracy na roli, albo po transformacji kiedy dorabiało się w 5 miejscach na raz żeby związać koniec z końcem :D No, ale na szczęście teraz, w czasach dobrobytu, ci co żyją za 500+ i inne socjalne dodatki, którym obca jest "gonitwa za kasą" (czytaj: uczciwa praca) nie mają wymówki i jak widać znajdują wystarczająco dużo czasu na wychowanie dzieci i pomaganie im w lekcjach... a nie, zaraz, to po co ten artykuł...
Szok i niedowierzanie, że nauczyciel robi podczas lekcji 2 zadania :D Tylko tyle nowego materiału da się zrobić przez 45 min, żeby cała klasa 30+ osób "zajarzyła" o co chodzi. Tak było 15 lat temu i jak widać nic się w tej materii nie zmieniło, dzieci nie stały się nagle geniuszami i wiedza nie wchodzi im szybciej do głów. Jeśli nauczyciel zdoła zrobić więcej, to zazwyczaj dlatego, że nie sprawdza nawet czy dzieci zrozumiały, tylko leci dalej z programem. Zadania do domu to nie nowy materiał, tylko różne warianty tego, co było na lekcji, w stylu "przekształć wzór". A czy każde dziecko musi mieć piątkę? Niech zrobi tyle, ile może, ale samo. Jedynki na pewno nie dostanie. To "średnio zdolni" rodzice wymagają nie wiadomo czego od dzieci, którym te "średnio zdolne" geny przekazują. Aktywność podczas lekcji to jakaś nowość? Na zajęciach stacjonarnych też trzeba być aktywnym. "Nauczyciel ma nauczyć, a nie tylko zadawać i oceniać" - a przepraszam co robi przez 45 min lekcji, stacjonarnie czy też zdalnie, bo co to za różnica czy mówi na żywo czy przez kamerę.
Narzekanie na rozbudowany materiał, a jednocześnie "Wyjątkowo ominę ministerstwo edukacji" - to jest dopiero wisienka na torcie! A kto ustala program nauczania? Kto się zapiera rękami i nogami przed podwyżkami dla nauczycieli, przez co ci bardziej kumaci i wartościowi pakują manatki i wyjeżdżają za granicę? Kto ładuje kasę w socjal? Za który, nawiasem mówiąc, rodzic zamiast jęczeć że nie umie pomóc może zamówić dziecku korepetytora - no bo skoro lepiej zapłacić jemu niż dobremu nauczycielowi...
Może warto się chwilę zastanowić i połączyć fakty? Najlepiej nad urną wyborczą.
2020-06-30 21:56 Cytować Zgłoś administratorowi
Dodaj komentarz bez hejtu! Redakcja Słowa Regionu jest przeciwna zamieszczaniu wulgarnych, przesyconych nienawiścią komentarzy. Jeśli widzisz wpis, który jest hejtem użyj opcji - zgłoś administratorowi.